potwór
Znalazłem bloga-potwora,Ale się nie podzielę, bo... i tak jest za dużo do czytania, za dużo.
który mnie wessał jak nora.
Dlatego też nie piszę tu: o relacji Ceesa Nootebooma z Hiszpanii (z której pochodzi taki fragment:
Antonio Ponz w szóstym liście siódmego tomu swojej Viaje de Espana (Podróży po Hiszpanii, Madrid 1784) jest zdecydowanie bardziej dokładny. Szczegółowo wyjaśnia, jak Maestro Rodrigo przekształcił siebie samego w samolot. Zaczął od codziennego zamawiania kurczaków i drobiu. Ptactwo nie musiało być oskubane – sam się tym zajmował, w końcu miał w wieży dość czasu [został uwięziony w wieży katedry w Plasencji, za uchybienie we frywolności albo (nie wiadomo do końca) za lenistwo; był rzeźbiarzem – przyp. n.]. Jadł niewiele, bo chciał schudnąć. Ważył oskubane kurczaki i ich pióra i doszedł do wniosku, że na dwa funty (libras) ciała potrzeba czterech uncji (onzas) piór, żeby się utrzymać w powietrzu. Gromadził więc pióra tak długo, aż zebrał ich dość, by – według tych obliczeń – mogły unieść jego ciężar. Kiedy nadszedł odpowiedni moment, wysmarował się klejącą substancją, która pozwoliła mu na przymocowanie piór do stóp, nóg, rąk, „tak, do całego ciała”, przytwierdził do ramion dwa uplecione przez siebie skrzydła i skoczył z wieży, „i poleciał daleko za miasto, aż na drugi brzeg rzeki Jerte, gdzie znaleziono go martwego”....ale też i inne fragmenty mogłyby pochodzić, gdyby dokonało się aktu fragmentacji, a jest, zapewniam, co kroić).
Ani o: tym, że uprawianie tzw. eseistyki to lekcja czytania, nie pisania. Ani o: tym, że doskonałe czytanie zamyka, gdy niedoskonałe (pełne luk, nawet niezrozumienia, nawet błędu) – bywa, że otwiera; eseistyka, ta która wsysa, byłaby sprawozdaniem w trakcie czytania; eseistyka nie osadzona w tekstach jest może, natomiast, zbyt bezludna, by wciągać. Kto wie, trzeba to dopiero sprawdzić. Ani o: dziesiątkach innych kwestii, którymi zahaczył mnie blog-potwór. Jedno wszakże mogę napisać, po całym dniu potworzenia – nigdy milczenie nie zostanie uznane za cnotę, jeśli nie będzie się o tym głośno mówić. Nigdy.
17 [komentarze]:
W takim razie, najbardziej sensownym wydaje się być brak komentarza. Ale do czego, do czego nas to doprowadzi?
telemach: pojęcia nie mam. Blogoatrofii?
Historia Maestra Rodriga pokazuje, że na złych proporcjach można się przejech— przelecieć (ale krótko i, że tak powiem, ostatecznie). Brak komentarzy w jednym sensie jest wyzwalający (kto chce pisać, pisze do siebie; tak bodaj działa blog-potwór), w innym – wymaga przestawienia się, pewnie to kwestia temperamentu.
Maguelonne Toussaint-Samat twierdzi w swojej Historii naturalnej i moralnej jedzenia, że kurczaki aż do całkiem niedawna były pożywieniem bogatych. Jak długo Rodrigo siedział w zamknięciu wieżowym, spożywając drób, gromadząc pióra i plotąc skrzydła? Potrzebował mniej więcej 120-150 uncji piór; ile to obiadów? Dlaczego kolegiata (co go zamknęła) wydała ów ptasi majątek na utrzymanie frywolnego/leniwego rzeźbiarza-przestępcę? O tym Nooteboom nie pisze. Spytałbym go w komentarzu ;), gdybym wyczytał tę historię nie w książce, a na blogu.
Zgadza sie, byloby co kroic. Strasznie rozgadany ten Noteboom. Mnie nie tyle wciagnal (jesli mowimy o ksiazce z trasy do Santiago), co zakleszczyl; kiedy sie wbilam (w gestwine tresci) to juz potem nie bylo innego wyjscia tylko - naprzod...
Gdybys go zapytal na blogu, dalby Ci zapewne odpowiedz tak drobiazgowa (np. o splocie cegiel wiezy, ornamentach na zamku przy dzwiach, sposobach przyrzadzania czy skubania kur;), ze by Ci sie na zawsze odechcialo.:)
Ale jesli kiedys pojde do Santiago (a pojde) to go ze soba wezme.
MEP: ale ja akurat (wydaje mi się) rozumiem postawę gargantuicznych odpowiedzi na krótkie pytania (zajrzyj pod poprzedni blogonot ;).
Nooteboom poświadcza swym (hipnotycznym, ale uporządkowanym) gadulstwem własną żywość narratora-świadka, komentatora; zajmuje pozycję osobistą. Holender od 30 lat węszący ;) po Hiszpanii (ale dowiadujemy się o epizodach ze szkoły, sprzed n-dziesięciu lat itp., widzimy, jak bierze na krytyczny ząb "patriotyczne wstawki", które są pokłosiem konfliktu bardzo niby historycznego, w sensie – zamierzchłego, a jednak). Słowem, uczciwy gaduła :), Tak, mówimy o docieraniu do Santiago (nie jest to jednak pierwszy kepszy reportażysta).
Alez ja go doceniam, jednak styl "pisze wszystko, co wiem" jest dla mnie meczacy. Dobry (bardzo dobry) rzemieslnik - potrafi przekazac rzetelna wiedze, ale czy zachwyt? Nie wiem - i to wbrew pozorom nie jest ocena - naprawde nie wiem (fakt, ze czytalam to jakis czas temu i moge nie pamietac "emocji").
@MEP: któż zatem, Pani zdaniem, jest w stanie przekazać "zachwyt"? Rozumiem, że chodzi Pani o wywołanie zachwytu, nie zaś jego przekazanie. Ale pytanie jest zasadne i pozostaje. Zakłada Pani istnienie dwóch rodzajów literatury, tej tworzonej przez rzemieślników i tej, którą tworzą jedynie Ci, co zdolni są do unoszenia się na skrzydłach anioła?
Mam trudności, niemniej pozdrawiam.
>Telemach
"któż zatem, Pani zdaniem, jest w stanie przekazać "zachwyt"?"
Ktos, kto ma talent? Cos wiecej niz umiejetnosc skladania liter i zestawiania informacji?
Rozumiem, że chodzi Pani o wywołanie zachwytu, nie zaś jego przekazanie.
Nie, chodzi mi wlasnie o przekazanie zachwytu wlasnego, emocji, wrazen, o "zarazenie" nimi czytelnika.
Zakłada Pani istnienie dwóch rodzajów literatury, tej tworzonej przez rzemieślników i tej, którą tworzą jedynie Ci, co zdolni są do unoszenia się na skrzydłach anioła .
Tak wlasnie. Dziele pisarzy (i nie tylko) na rzemieslnikow i artystow. Ci pierwsi moga np. pisac genialne podreczniki, ale raczej nikogo nie porusza, choc dopuszczam wersje podrecznikowca-artysty np.angelologa...;-p
Nie uwazam, ze jedni sa gorsi lub lepsi od drugich, rozrozniam ich po prostu.
Prosze sprobowac sie przedrzec przez Notebooma, zrozumie Pan, o czym mowie.
Pozdrawiam rowniez, bez trudu.
@MEP: moje trudności dotyczyły nie tyle aktu pozdrawiania, co spójności Pani wywodu. Talent, powiada Pani? Tak się, w pewnym sensie, obawiałem. Bo z talentem to ja mam szalone trudności, jeszcze większe niż ze zrozumieniem skrótów myślowych. Jeśli bowiem talent jest czymś co się najzwyklej w świecie ma albo nie - to w jaki sposób wytłumaczyć sobie jego obecność w pewnych dziełach pewnych autorów i hm, nieobecność w innych? Czytała Pani może powieści A.A: Milne? Tego od Kubusia Puchatka? Napisał ich siedem, talentu wystarczyło jedynie na stworzonego - ot tak, jako produkt uboczny i niejako "pomiędzy wierszami" - Kubusia, w powieściach jakoś się nie objawił.
Czy Kipling miał talent? Jeśli jest Pani zdania że miał, to zapewniam Panią, że najwidoczniej nie zna Pani całego Kiplinga.
Ale po co sięgać aż tak daleko, przebrnęła Pani kiedyś przez reymontowską "Komediantkę"? Albo przez "Fermenty"? Czy on miał talent wystarczający do napisania jedynie dwóch powieści? Ten Reymont?
Jeśli jednak talent może raz być, a kiedy indziej najwidoczniej nie - to może nie jest to coś co się posiada albo nie? Jak Pani sądzi?
Pozdrawiam z przyjemnością i bez jakichkolwiek trudności
T.
telemach: A.A.Milne – o, przepraszam, powieść Dwoje ludzi (innych nie znam) b. przywoicie napisana, z nie mniejszym talentem (no, najwyżej odrobinę mniejszym) niż Kubusie. Chandler (mówi wiki) bardzo chwalił kryminał The Red House Mystery (że niby jeden z najlepszych wszechczasowo). Powiedziałbym więc, że Milne miał wiele i to różnorodnych talentów.
Nameste, przepraszam również - ale "Dwoje ludzi" to rozkoszna ramota (szczególnie zabawne były dla mnie niezapomniane peregrynacje początkującego autora w wydawnictwie pragnącym tegoż autora przechytrzyć) ale - tak między nami i z ręką na sercu: czy to jest literatura będąca wynikiem "muśnięcia geniuszu"? Jakiego rodzaju fascynacja udziela się czytelnikowi? Toż to tak jakby Huxley chciał napisać parodię Vicki Baum - kończąc całokształt polewą lukrową!
Nie wiem, nie wiem.
Z The Red House.. miałem przyjemność. Dużo pił ten Chandler (co może, chociaż z drugiej strony nie musi, pewne jego osądy tłumaczyć) i nic dziwnego, że przeszedł do historii literatury niekoniecznie jako krytyk.
telemach: ale sam mówisz "rozkoszna" (tak, do dziś pamiętam 'standardową umowę dla początkującego autora' :); czy ramota? w mojej pamięci jakoś się obroniła, a naiwne deliberacje dot. tego, czemu ktoś, kto mieszka na wsi i zależy mu na widokach i odosobnieniu, miałby podpisywać petycję ws. wodociągów, co doprowadziłoby pośrednio do hm, "ucywilizowania" okolicy, więc wbrew ktosia interesom – te naiwne deliberacje do dziś są dla mnie żywe, bo pytanie "skąd będziemy wiedzieć, czego ludzie chcą, gdy głosować będą na to, czego chcą inni" pozostaje ważne w myśleniu nad demokracją itp. Z wielu (bodaj lepszych) książek nie zostało we mnie nic. Mógłbym to rozwinąć, bo jednak bardzo się nie zgadzam ze zjadliwym podsumowaniem (Huxley pisze parodię Vicki Baum), już prędzej bardzo wcześniejszy J.B.Priestley w pluszu, w którym lukier nie jest czułostkowy, a liryczny (i pogłębiony niekłamanym poczuciem humoru). Ale nie rozwinę, bo wypadałoby sobie odświeżyć tekst do poważniejszej :) analizy; skąd czas?
Wreszcie, nie oszukujmy się: Kubusie Puchatki są arcydziełem literatury dla dzieci, ale (a właściwie: właśnie dlatego) nie są żadnym Utworem O Porażającej Głębi. Myśmy mieli wyjątkowe szczęście do przekładu, ale tak naprawdę Kubusie też są "rozkoszną ramotą". Znaczy, mamy tu pewną spójność owego różnorakiego talentu Milne'a.
Odnoszę wrażenie że mój komentarz zniknął w niebycie. Może za długi? Może blogowy terroryzm? Filtr antyspamowy wychwytujący mieszaninę obłudy i pokory? Może tak i lepiej?
Przeszło. A więc spróbuję tylko kwintescencję zbiega zamieścić.
Nameste, zjadliwość zupełnie nie zamierzona. Prwdopodobnie objaw rozczarowania, ot taki syndrom rozczarowanego kochanka. Spotykamy miłość z liceum po, dajmy na to, 40 latach i dziwimy się, co my w tej babie widzieliśmy. I opłaciło się robić z siebie idiotę wchodząc po piorunochronie na czwarte piętro?
Podobnie u mnie z Milnem. Przeczytałem ponownie po 20 latach i okazało się, że jednak nie jest to takie arcydzieło, jak sądziłem mając lat 16 lub 17. Moje rozczarownanie było proporcjonalne do głębi adolescentnego przekonania.
Pewnie czas przeczytać ponownie (emotikon)
Może okaże się po raz kolejny, że jest to jednak całkiem sympatyczna książka?
telemach: nie lubi za długich (ale ostrzega, zamiast zniknąć po cichu), działania filtrów nie jestem świadomy. Co do meritum, czemu nie poprzestać na "rozkosznej ramocie"? W końcu zostały Ci z przykładów Kiplingi i Reymonty
>telemach
Przepraszam, ze dopiero teraz odpowiadam, ale raz - jestem zawalona robota, dwa - cos jest ze strona nameste, ktora wciaz mi "abortuje", co mnie wkurza:)
Co do talentu, to jasne, ze z nim trudna sprawa, jak ze wszystkimi niedefiniowalnymi "cosiami". Powinnam byla pewnie w poprzednim komentarzu zastrzec subiektywnosc kryteriow czy gustu, ale sami juz to Panowie swietnie rozwineliscie.
Dodam tylko, ze moim zdaniem "wewnetrzna" nierownosc tworczosci poszczegolnych autorow nie musi zaprzeczac ich talentowi. Tak jak i nasze "wyrastanie z " albo "dorastanie" do ich dziel...:)
Z Noteboomem chodzilo mi o cos troche innego. On napisal, moim zdaniem, poprawna ksiazke.
Gdy jednak porownamy ja np. z inna (z pozoru podroznicza powiescia) Patagonia Bruce'a Chatwina to zobaczymy, ze mozna stosowac wtrety erudycyjne, luzno zwiazane z glownym nurtem ekskursy i otrzymac dzielo absolutnie porywajace. Roznica jest wlasnie to nieokresline "cos", co juz obawiam sie nazwac talentem.:)
A takze zaufanie pisarza do czytelnika (jego poziomu). A moze do samego siebie?
@nameste: poprzestańmy zatem na "rozkosznej ramocie". Zadowolę się Kiplingiem, który został na stare lata Waldemarem Łysiakiem brytyjskiej literatury. A tak dobrze się zapowiadał...
@MEP: zawalona Pani robotą? Wyrazy współczucia. jestem jednak wyrozumiały bo prędzej czy później może i mi się zdarzyć.
Porównywanie Notebooma z Chatwinem jest problematyczne. Nie powinno jednak to świadczyć źle o Chatwinie ponieważ porównywanie kogokolwiek z Chatwinem jest zupełnie niemożliwym zajęciem. Chatwin jest istotnie dobrym przykładem maga. Ale taki np. Lezama-Lima był dla mnie niegdyś również magiem, a obecnie już nie jest. Nie rozumiem tego.
Ukłony
t.
Prześlij komentarz