ostateczne rozstrzygnięcie
Trzy rzeczy doprowadziły mnie do tego miejsca. Najpierw słowo uczeniec, użyte przeze mnie w którejś z filipik. Napotkałem je teraz w jednym z tekstów autora i zdziwiwszy się, że ktoś jeszcze pozwala sobie na taką ekstrawagancję [czy musiał czytać o Chałosie? nie, ale to prawdopodobne], odnotowałem jako mikrotrop. Po czym zapomniałem. Potem parę tekstów autora, do których zajrzałem z pewnych, nieprzypadkowych powodów: drobną relację z tego zaglądania zdałem w blogonocie Hartman. Trzecią rzeczą było nierozumne rozczarowanie, że jeśli nawet ktoś zaczepił wzrokiem o uroczą (i, przyznacie, prostą) frazę:
[...] dopuszcza tylko cztery procedury prawdy: naukę, sztukę, politykę i miłość (a filozofię sprowadza do studiowania tych procedur)pochodzącą z poprzedniej blogonoty, to przecież tego zaczepienia nie ujawnił, w jakimkolwiek z trybów przeznaczonych do ujawniania, a to: w trybie pytania, w trybie obserwacji, w trybie potwierdzenia albo negacji; może są i inne. Rozczarowanie, świeżutkiej daty, dlatego było nierozumne, że zbrakło mocnego Atraktora, który by Ujawnienie sprowokował, ale ten wątek niech chwilowo odejdzie w cień. Ważniejsze bowiem jest to, że tym rozczarowaniem powodowany poszedłem w to właśnie miejsce, by ukoić.
Nie jestem pewien, czy ukojenie znalazłem; zająłem się czym innym, a właściwie – zajęło mnie. Teksty zamieszczone w tym miejscu uporządkowane są wewnątrz tematycznych szuflad wg logiki, ktorej nie umiem odtworzyć. Może według subiektywnej wagi, przypisanej przez autora? Autorze (gdybyś kiedykolwiek czytał te słowa), miło by było zobaczyć już w spisie datę powstania danego tekstu, bo ktoś, kogo nie stać na lekturę wszystkich, mógłby odnaleźć własny klucz selekcji – datowanie byłoby w tym pomocne. Ale do rzeczy: zajęło mnie. Zajrzałem do kilkunastu tekstów, zdając się na przeczucie; część z nich nadal mam otwartą. Jednak jeden, nie wstydzę się tego wyznania, przyciągał mnie szczególnie, jak mała czarna dziura, i to do niego wracałem i wracałem. A nawet gorzej: jeszcze będę wracał. Idzie mi o tekst Ostateczne rozstrzygnięcie wszystkich kwestii filozoficznych (z 1998; występujący w spisie w dziale metafilozofia).
Pomysł, by go streszczać, byłby szalony. Sam jest bowiem streszczeniem, zżętym przedstawieniem europejskiej części tradycji filozoficznej, które tylko dlatego daje się czytać (a nie jedynie: studiować zdanie po zdaniu), że autor umiejętnie czerpiąc ze studni wiedzy, nie stroni od źródła wzruszeń, a nawet pozwala sobie na drobne prysznice złośliwości. Co nie znaczy, że tekst jest niepoważny, albo że lekceważy sobie swój własny przedmiot – przeciwnie. Zacytuję tu fragment jednego z ostatnich akapitów, złośliwie urywając go w momencie kulminacji napięcia ;):
Jednocześnie, jak już wspominaliśmy, niemal każdy modus idei ostatecznego rozstrzygnięcia wywołuje uczucie wstydu, tym bardziej że potoczna edukacja każe w niej widzieć coś całkowicie anachronicznego, staromodnego i naiwnego. Jak pisał Hegel o mentalności nowoczesnej, „z czymś takim jak prawda już skończyliśmy, już załatwiliśmy się. Jesteśmy jak najdalsi od pretensji do poznania prawdy, wiemy, że nie wypada nawet o tym mówić. Mamy to już za sobą”. Zarazem jednak nowożytna kultura intelektualna, w szczególności w swej części zwanej oświeceniem, wydała wiele radykalnych idei metafizycznych, takich jak „człowiek”, „ludzkość”, „wolność polityczna”, „demokracja”, „dzieje”, które oddziaływały tym silniej, że w potocznej świadomości pisarzy i uczonych nie zostały podporządkowane jednej idei regulatywnej, wyznaczającej ramę ogółowi wysiłków myślenia i zamykającej je w immanencji filozofii jako pewne jej pojęcia. Jest rzeczą naturalną, że zażenowanie, jakie wywoływały w szerokiej publiczności w ciągu ostatnich dwóch stuleci aspiracje filozofii, przeniosło się na wszelkie radykalne pojęcia metafizyczne, jakich mnóstwo powstawało w tym samym okresie. Ten stan rzeczy wywoływał – nadal wywołuje – charakterystyczną konfuzję i miotanie się pomiędzy żywiołowym dyskursem metafizycznym a uczoną wzgardą dla wszelkiej metafizyki i innych herezji, którym zdążono już nadać mnóstwo samooskarżycielskich określeń, jak platonizm, kartezjanizm, racjonalizm, oświecenie, metafizyka obecności, żeby wymienić tylko kilka. Przyjęło się od początku XIX wieku nazywać ten stan konfuzji „kryzysem” bądź „kryzysem kultury”, natomiast w odniesieniu do filozofii praktycznej i myśli politycznej nazywa się go „dialektyką oświecenia”.Czego w tym cytacie nie widać, to metafilozoficznej roboty, polegającej na przekonującym wprowadzeniu (meta)pojęcia neutrum – formy, w której miałaby się ziścić treść odpowiedzi na stawiane uogólnione Pytanie Filozoficzne, i scharakteryzowaniu typowych (dla każdej z omawianych epok) podstawień za owo neutrum. Ale widzę, że zaczynam (nieudolnie) streszczać, ciekawych odsyłam więc do oryginału.
Stan zupełnego zobojętnienia na dramaturgię tego chronicznego kryzysu, którym szczyci się współczesna kultura, i wynikającą stąd skłonność do nawykowego ironizowania, pogodnego sceptycyzmu, niefrasobliwego synkretyzmu, a czasem nieodpowiedzialności i nawet nihilizmu w twórczości intelektualnej, literackiej i artystycznej nazywa się nieraz „postmodernizmem”. Jest to zresztą nazwa o tyle bałamutna, że akurat zamiłowanie do nazywania epok jest charakterystyczne właśnie dla modernizmu i tym samym niegodne uczciwego dekadenta. Przyznać wszelako trzeba, że to nie sami tzw. postmoderniści wymyślili tę nazwę i się nią posługują, lecz stojący za nimi szereg komentatorów i eseistów kibicujących tym poczynaniom. Cała ta sytuacja umysłowa naszych czasów jest już aż za dobrze znana i nader dokładnie opisana – zarówno przez podekscytowanych współczesnych literatów, jak i przez wielkich filozofów: Hegla, Schopenhauera, Nietzschego. Dla filozofii ma ona niemałe znaczenie. Dyskurs teleologiczny współczesności, odnoszący się do immanencji filozofii, wydał w konsekwencji wspomnianych perturbacji przede wszystkim trzy idee ostatecznego rozstrzygnięcia [...].
[podkr. i podział na dwa kawałki moje – n.]
2 [komentarze]:
Mam bardzo krótki attention span, więc dotarło do mnie tylko pierwsze zdanie "Ostatecznego rozstrzygnięcia", a potem zbudziwszy się w połowie tekstu skoczyłem przeczytać pointę. No i odkryłem bonus track: "Pisać, żyć i kochać – nie umiejąc. Kilka słów o szczerości w literaturze", który jakoś od razu wpadł mi w ucho.
Było to 10 lat temu, a tekst (od teraz wiadomo ;) o jego podwójnej naturze) był opublikowany w Tekstach Drugich, czyli w dość specyficznym miejscu; mnejsza z tym. Tak czy inaczej, składnik nie umiejąc rozwinął się poźniej w rozważania o ignorancji (przyrodzonej, tj. nieusuwalnej) i jej „drugiej stronie” – kompetencji (o planach dot. książkowej teorii kompetencji było w blogonocie poprzedniej o Hartmanie). Ciekawe zagadnienia.
Tym niemniej, moim instrumentalnym ;) zamysłem, wiązanym z kawałkiem wyimniętym powyżej, było nawiązanie do dyskusji o postmodernizmie. Albo mi się nie udało, albo udało mi się za bardzo (i poszedł kwik zasnąć w tekście źródłowym, może drobny zielony cytat jest za krótki na drzemkę? ;)
BTW, gdyby ktoś chciał zaglądać na stronę z tekstami Hartmana, polecam wersję tekstów w RTF, te HTML-e, co tam wiszą, odstręczają formą.
Prześlij komentarz