2008-11-13

Hartman


Napotykam ostatnio jego teksty w różnych miejscach, przeważnie niszowych. Co ciekawe, jeślibym miał wnosić tylko z domniemanego charakteru tych miejsc (a więc wnosić po pozorach), to doznałbym zapewne swoistej blokady, a nawet kilku naraz, o częściowo sprzecznym charakterze, i po lekturę bym nie sięgnął. Na przykład rada patronacka stosunkowo świeżego (czerwiec 2008) pisma sieciowego Liberté, mając w swym składzie Śpiewaka, Gadomskiego, Lewandowskiego czy Syryjczyka, daje pozór słabo przywiedlny [*] do pozoru, jaki otacza Nową Krytykę, „branżowe” pismo filozoficzne, którego redakcja tworzy rodzaj międzymiastówki polskich profesorów wydziałów filozoficznych.

A jednak sięgnąłem i nie żałuję. Jan Hartman pisze bowiem porządnie i, gdy się wgryźć, ciekawie. Nie taję także, że w wielu momentach podzielam jego poglądy, ba, wydaje mi się, że pisze rzeczy, które powinny być oczywiste dla każdego (nieuprzedzonego) czytelnika (oczywiście tak mnie, jak i Hartmana – w nielicznych komentarzach pod niektórymi tekstami – szybko ktoś wyprowadzi z błędu ;).

Jest tak na przykład w tekście (z Liberté) Mój dziwny kraj i jego dziwna religia, z którego przytoczę śródtytuły:
1. Polska jest państwem wyznaniowym
2. Czy Polska naprawdę jest tak bardzo katolicka? [nie ;) – przyp. n.]
3. O co chodzi w chrześcijaństwie?
4. Watykan i my
5. Dlaczego Kościół jest aż tak silny?
O wielu kawałkach tej układanki sam pisałem, ale – co profesjonał, to profesjonał ;) – tekst Hartmana jest dobrze ułożony, jest porządny. Polecam. Mocno.

Z kolei w Nowej Krytyce przedstawia (pod życzliwą dyskusję, której widomych oznak wszelako brak, co nie oznacza, że zakulisowych nie ma) tekst Prolegomena do teorii kompetencji, którego nie polecam, bo to plan (szkic) nowej książki, zakrojonej na solidną cegłę, no, chyba że ktoś lubi gęsty filozoficzny hardkor. Daję ten link dla udokumentowania porządności Hartmana.

A na deser dłuższy fragment tekstu (z Liberté) Dlaczego przestałem być konserwatystą? Cytuję nie tylko dlatego, że smacznie to napisane, ale i dlatego, że pewne nuty w tym zwierzeniu kojarzą mi się ze zjawiskami, na które całkiem niedawno, podczas niewinnych wędrówek po sieci, się nadziałem. I nawet przemyśliwałem, czy nie napisać czegoś a propos. A tu – proszę bardzo, już gotowe.
Dlaczego w ogóle byłem konserwatystą?

Bo byłem głupi. Pamiętam jak przez mgłę wczesną, uczniacką wzgardę dla oświecenia. Jakiż płaski wydawał mi się naturalizm i antyklerykalizm ludzi w rodzaju Woltera! Romantyczna reakcja zdała mi się za to prawdziwym wzlotem ducha, nowym renesansem, który ponad płycizną i blichtrem salonów łączy się z monumentalną potęgą gotyku. Pragnąłem powrotu Kultury na szlak tragicznych i fatalnych Dziejów Zbawienia, nawet za cenę cywilizacyjnego uwstecznienia i zabobonu. Byle by zatriumfowała znów Autentyczność. Niech by to była Bojaźń Boża, Miłość Tragiczna – cokolwiek, aby tylko coś prawdziwego, przemożnego, wielkiego. Naród i Chrystus akurat nie odgrywali roli w tych fantazjach, ale bez trudu mogę sobie wyobrazić, że mogliby, gdyby kilka przypadkowych okoliczności i lektur ułożyło się inaczej. Zamiast ku chrześcijaństwu, kierowałem swą egzaltację ku Platonowi, który tak pięknie umiał szydzić (z równości, demokracji i innych sofistycznych głupstw), że aż się prosiło, by z nim sobie powspółszydzić. Prawdziwym bohaterem był jednak dla mnie Hegel, a w Ducha dziejów wierzyłem, jak w to, że słońce jutro znów wstanie.

Choć pochodzę ze zbiedniałej burżuazji, związanej niegdyś z geszeftem, później z akademią, miałem się za nie wiadomo jaką elitę. Zbuntowany przeciwko naturalnemu egalitaryzmowi własnego ojca, roiłem o arystokratycznym odrodzeniu, przyznającym każdemu stanowisko społeczne, stosownie do liczby przeczytanych książek i napisanych wierszy. W tym świecie rządzić miała wprawdzie wtórna z natury „kultura humanistyczna i literacka”, ale przynajmniej brzemienna opowieściami o prawdziwych uczuciach i prawdziwej wierze. Chociaż arystokraci ducha sami nie są śmiertelnie zakochani ani rozmodleni, to przynajmniej czytają Dziady, a nawet znają fragmenty na pamięć. Są na miarę czasów wzniosłymi świadkami ducha, pod nieobecność prawdziwych bohaterów.

Piękno dobrych manier, solidność „starej szkoły”, urok anachronizmów przemawiały do mnie z wielką siłą. Wszystko, co stare, „przedwojenne”, zdawało mi się śladem epoki naturalnej sprawiedliwości, gdzie każdy zna swoje miejsce i szanuje postawionego wyżej od siebie. W dobrych czasach (tak sobie dalej roiłem) panowie mają służbę i bibliotekę i nikt nie kwestionuje tego, że cham to cham, a pan to pan. Wydawało mi się to bezmiernie uczciwe i naturalne. Pospolitość zaś i masa zdawały mi się urągowiskiem, poniżeniem wszelkiej kultury i reprezentujących ją ludzi. To, co dla socjalisty było „awansem społecznym” ludu i „sprawiedliwością dziejową”, dla mnie było tylko potopem trywialności, zniszczeniem i profanacją. Bóg wie, co sobie wyobrażałem, że kto ja jestem? W szkole wciąż mi powtarzali, że gdyby nie socjalizm, to bym barany pasał, że władza dziś w rękach ludu pracującego itd. A ja tak byłem zaślepiony pogardą dla czerwonego, że ani chwili nie zastanawiałem się nad wartościowym elementem jego namolnej i drętwej propagandy. Po prostu, z zasady, wszystko, co mówią źli komuniści, było dla mnie prostackim kłamstwem. I tak z kąpielą propagandy wylałem dziecko postępu.
Ten tekst (w całości) też polecam, gdyby ktoś się jeszcze nie domyślił. Na koniec dodam, że owszem, słyszałem o inicjatywie Hartmana w związku z pracami tzw. komisji bioetycznej, której sam sposób powołania, skład i wyniki mam za skandaliczne. Ta sprawa jest do łatwego wyguglania, a wspominam o niej dla porządku.

przypisy
[*] raz na rok miewam nieodpartą ochotę, by użyć tego słowa


PS Odnotowuję (a propos komisji bioetycznej) rozmowę Ewy Siedleckiej z Zollem, reprezentantem „frakcji konserwatywnej”, który to tekst właśnie wpadł mi w ręce. Siedlecka przycisnęła Zolla na tyle, że gołym okiem widać jego hipokryzję – prawną i moralną. Nie chce mi się tego rozwijać, tak tylko zaznaczam odruch niezgody graniczący z obrzydzeniem.

(wypisy z tej rozmowy można znaleźć także tutaj)

 

21 [komentarze]:

andsol

Tak, to mądry artykuł i kiedyś takie rzeczy będą pisane i w prasie a nie tylko w katakumbach. Cierpliwości i pracy organicznej. Niestety często wrzaskuny przeszkadzają, przemyśliwuję czy dla dobra sprawy nie wymordować zbyt aktywny odłam ateistów, bo on przeszkadza w osiągnięciu ostatecznego zwycięstwa niereligijnej myśli, ale potem sobie myślę, że to by tylko było kopią wczesnochrześcijańskich dożynek, które przecież do niczego dobrego nie doprowadziły, więc może lepiej zdzierżyć i wiedzieć, że po tej samej stronie są i Jan Hartman i wrzaskliwe buce, które po przeżyciu jednej nocnej wizji równie energicznie będą nakazywać do gromadzenia się w kościołach.

Ok, poważniej: Hartman jest bardzo wyważonym człowiekiem, a w każdym razie bardziej niż ja. Kiedyś w listowej rozmowie poczyniłem serię mało przyjaznych uwag o Legutce, a Jan wziął go w wielu aspektach pod obronę. Nie wiem czy po wymianie ról ja bym potrafił to zrobić, bo pamiętam jakąś dyskusję (chyba w Rzepie) między nimi, w której Legutko zachowywał się tak elegancko jak to tylko on potrafi - ale jak widać Hartman potrafi przechodzić ponad osobistymi doznaniami.

nameste

andsolu, z kontekstu by wynikało, że odnosisz się głównie do tekstu #1, o dziwnych – państwie i religii.

No i tutaj trzeba dowiązać telegram od baristy, wysłany z samolotu ciężkiej pracy, angażującej mordęgi. W komentarzu tym barista formułuje (en passant, czyli przelatując) taką ocenę, wg której Hartman kojarzy mu się z mieszczaństwem. Coś tu chyba jest na rzeczy; W Twojej charakterystyce J.H. staje w centrum uwagi wyważenie, które można, ja sądzę, potraktować jako cnotę mieszczańską, np. w opozycji do (post)szlacheckiej zapalczywości.

Hartman zaczepiony (odnoszę się tutaj do typowo polsko-internetowych wjazdów, co to się pojawiły pod jego artykułem w Liberté) – tłumaczy. Czy nie raróg? Więc myślę sobie, że tę mieszczańskość per saldo można mu wybaczyć.

nameste

No i znowu naliterówkowałem. Co jest, psiakrew. Jak sądzę miało być.

barista

Dla mnie ta ”mieszczańska” rezygnacja jest pokrewna „dulskości”, mieszczanin przeczyta dzisiejszy wywiad Siedleckiej z Zollem i mruknie pod nosem, mieszczanin konserwatywny - wyborne, mieszczanin lewicujący - eehh. Hartman pozwala zarobaczyć umysł własnego dziecka, wzdycha jak to spętanie obyczajowe ma się nijak od demokracji, kultury i bodajbyśmy się nawzajem szanowali między liberały (co ma qrva demokracja do de facto obowiązkowej religii w szkole?). Sam jestem mieszczaninem, prawda, z Krakowa, ale tu trzeba przypierdolić, a nie szukać wyważenia pt. „Świadectwo” na polskim to już przesada, ale na obowiązkowej religii - OK.

Nadmieniam, że Hartmana znielubiłem po artykule Jeszcze jedna katoliczka, w GW nieosiągalnym już (co innego wywiad z Michnikiem, wszelkie dobra rozumienie i od zła odróżnienie boskim tchnieniem sprawione), ale można wygooglać. Widziałem go jeszcze na YouTube z Gowinem i Terlikowskim, od razu było widać, że Hartman fajny.

„Zywiac taki poglad na sprawe religii, wolalbym, aby moja córka odebrala wychowanie calkiem swieckie, a w sprawach wyznania decydowala w przyszlosci
sama, juz jako osoba dorosla. Stalo sie inaczej. Ma dopiero dziewiec lat i zostala mala katoliczka. Bylo to nieuniknione. Gdybym upieral sie, aby do
tego nie doszlo, zrobilbym dziecku krzywde. Zreszta nie mialem prawa sie upierac, gdyz bralem slub koscielny "z wylaczeniem", obiecujac, ze nie bede przeszkadzal katolickiemu wychowaniu swego potomstwa. Nie powinienem wiec narzekac. Gdybysmy jednak nie brali z zona slubu katolickiego i np. byli zawzietymi ateistami (a takimi, bron Boze, nie jestesmy), nic by to nie zmienilo. Nasza córke katoliczka uczynilo bowiem przedszkole i szkola. (...) Szkola mojej córki, zwykla samorzadowa szkola podstawowa w Nowej Hucie, jest niemalze sanktuarium. Pierwszy z nia kontakt mojego dziecka polegal na poswieceniu tornistrów. Symbole religijne sa tam obecne na kazdym kroku, a uroczystosci religijne i rekolekcje przewijaja sie przez szkolna codziennosc, czesto kosztem lekcji swieckich. O takiej wartosci politycznej jak "swiecki charakter instytucji publicznych" nikt tam, jak sie wydaje, nie słyszał.”

nameste

barista, ok, nie znałem tego tekstu. A znajduję w nim nastepujący kawałek:

Elementarz liberalnej demokracji lezy juz na urzedniczych biurkach, ale jeszcze nie zostal otwarty. Mam nadzieje, ze to sie kiedys zmieni. A nadzieje te zywie nie tylko jako demokrata i liberal, ale takze jako ktos, komu zalezy na tym, by tak wazna dla polskiego spoleczenstwa religia katolicka nie musiala zdobywac kolejnych pokolen wiernych srodkami administracyjnymi. To nie ma sensu i do niczego dobrego nie prowadzi. [...] Wlasciwie nie powinno mnie to obchodzic. A jednak obchodzi. Tym bardziej, im mniej widze mlodziezy zwyczajnie religijnej, a coraz wiecej barbarzynstwa w wyobrazeniach moralnych i religijnych swoich studentów. W pewnym sensie jestem wiec wspólpracownikiem Kosciola. I zapewne moja córka w koncu lepiej pozna katolicyzm, sluchajac mnie niz szkolnych katechetów. Jedna swiatla katoliczka wiecej. (link)

Jest tu jakiś rozjazd z tekstem, do którego linkuję w blogonocie. Może Hartman, gdy postawi przed sobą zadanie (tak mocno podkreślone w „preambułce” do tekstu) bycia bezstronnym, wznosi się ponad ograniczenia wynikające z uwikłań biografii itd. Pojęcia nie mam. Może go spytamy po prostu? Być może zechce nas objaśnić.

Co do mieszczaństwa. Sam nie jestem „mieszczaninem” w żadnym ze znanych ;) mi sensów i może dlatego wiążę niekoniecznie negatywne konotacje ze „stanem”, którego historyczna słabość w Polsce mogła mieć (niekoniecznie pozytywny) wpływ na nasz polskie myślenie i działanie. Ale „dulskość” mnie brzydzi. Mimo to dopuszczam możliwość, że Hartman nie stoi w tym, hm, rozkroku (wyżej: rozjeździe) bezrefleksyjnie. Pisał w tym tekście z Wyborczej:

Przeciez, decydujac sie na oportunizm, nie moglem teraz wzbudzac w swoim dziecku watpliwosci. Mój ojciec tez tak postepowal.

barista

(i) się tłumaczę z uprzedzenia wobec Hartmana

(ii) tekst podstawowy (Mój dziwny kraj...) jest hmm... bardzo dobry, chłodny, faktograficzny; nie należy oceniać tekstu przez swoją opinię o człowieku wyrobioną na podstawie innego tekstu; tyle, że mnie się postawa tego człowieka cierpliwego i wyważonego (jakim sam byłem przez lata), co dla świętego spokoju ochrzci tornister, bo co to szkodzi, skoro się córka przecież w zaciszu domowym w Platonie rozmiłuje, a nie w Boboli w szkole, a przecież nie od razu Kraków (sic!) zbudowano, a i demokracja liberalna musi okrzepnąć; that's bullshit

(iii) Hartman diagnozuje/opisuje świetnie, szyderstwo jak trzeba; natomiast pointa Twojego (łaskawszego) cytatu ("Jedna swiatla katoliczka wiecej.") to intelektualne i moralne bankructwo człowieka, ojca i obywatela. Idzie pod rękę z Zollem, choć w sumie rożnie może być z tym bogiem i początkiem życia, ale po co się poróżnić ze współobywatelami, może głupszymi, może jeszcze podręcznika liberalnej demokracji nie odmykającymi dość często.

nameste

barista, w katalogu cech bakruta ;) [człowieka, ojca, obywatela] pominąłeś męża. Trudno wykluczyć, że tu właśnie jakiś fragment psa jest pogrzebany.

Jeszcze jedno (wracam do tego pomysłu, by wprost „odpytać” Hartmana). Nie rozmawialibyśmy w tych kategoriach, gdyby nie niecodzienna szczerość J.H. (mam na myśli te wszystkie szczególy biograficzo-autobiograficzne). I na koniec tekst, od którego zaczynałem lekturę Hartmana w Liberte, a którego nie linkowałem wyżej w blogonocie: Religia w szkole. Rozjazd wydaje się potwierdzony; czyżby Hartman jednak przeszedł jakąś ewolucję poglądów?

nameste

bankruta, psiakrew ponownie

barista

słuszna uwaga a propos upadłości Hartman i S-ka, żona przewodniczy radzie wierzycieli (teściowa, sąsiadki)

nameste

Aha. Skoro doceniam szczerość Hartmana, a i Twoją, baristo, to winienem (może) zwierzenie. Że zdaję sobie sprawę, iż na tym blogu nie prezentuję w pełni na-ostro własnych poglądów, dość zdecydowanych. Ale może dlatego ludzie przychodzą pogadać, a andsol nie zalicza do „wrzaskunów”. Mam z tym pewien problem i (poniekąd) lawiruję, choć przestrzegając granic. OK, limit zwierzalności ;) chyba wyczerpany.

andsol

Zrozumiałem, Nameste, zaraz pchnę do Jana list i grzecznie poproszę, by dołączył się do rozmowy, wprawdzie to jest eine kleine aber nette Gesellschaft.

Nie wymyślam Ci od wrzaskunów, bo nie jesteś wrzaskunem, więc czemu miałbym to czynić? Sądzę, że droga, którą wybierasz (jesli rozumiemy, że celem jest powiększenie stopnia wolności obywatelskiej ludzi, którym pomysł mściwego boga i dobrotliwego krasnoludka na tym samym poziomie migają) nie ma najlepiej wybranego gradientu, ale nie jestem specjalistą od przechadzek po stromym terenie, jedna cholera wie jak tu należy się poruszać. W moim odczuciu Hartman jest bardziej realistą, mniej u niego starań o teorię, a więcej o efekty praktyczne. Można to nazwać mieszczaństwem, można pogaństwem (jak to czynili ongiś pogardliwie chrześcijanie, mówiąc o wyrafinowanych filozofach starożytności), a można nieefektownym dreptactwem, ale na pewno nie można robić odniesień do dulszczyzny, bo czytałem kiedyś kawałek dzieła i chodzi tam o hipokryzję i głupotę, a chyba nie te cechy chcemy skojarzyć z omawianym autorem.

Nameste, olej literówki... W Opera omnia poprawi się je.

nameste

andsolu, najpierw szybciorem. Otóż nie, nadmiarowo zrozumiałeś. Jeślibym czegoś ew. oczekiwał od Ciebie, to raczej porady, czy napadać ;) na JH, czy też raczej nie. Ani mi w głowie postał pomysł wyręczania się: jeśli uznamy, że warto napaść, to pójdę na Liberte i napadnę, a co ;)

nameste

A w drugiej sprawie, czyli dulszczyzny. Jeśli zawiedzie hipoteza pewnej ewolucji poglądów, to, niestety, hipokryzję zarzucić można: dawny tekst z Wyborczej z tekstami dzisiejszymi nie współgra, ostro tu trzeszczy. A więc współutrzymywanie obu poglądów z hipokryzją co najmniej graniczy.

andsol

Już napadłem.

nameste

OK, cóż mam powiedzieć :)

barista

dulszczyzna raczej nie w sensie rozpychającej się otłuszczonymi łokciami Mme Dulski, ale raczej 'a co się będę sprzeczał ze skrzeczącą rzeczywistością' spacerującego w salonie pana domu; w tym katolickim przedszkolu pewnie więcej jest takich nieasertywnych ojców, pocieszających się swym własnym otwieraniem księgi demokracji liberalnej; no i potem się okazuje, że jednak w komisji bioetycznej ds. nauczania papieskiego należycie wdrażanego, nie o bioetykę chodzi, a o przekonanie kołtuna od kiedy się zaczyna życie (ergo gdy św. Semen nawiedzi jajo, to na mrożenia za późno; btw co na to lute Dukaja?)

andsol

No, niestety. Na zachętę wejścia i wyjaśnienia jak to jest jego zdaniem z tym i tamtym, Jan Hartman grzecznie mi odpowiada:

bardzo mi miło, że jestem przedmiotem rozmów i polemik w necie. Jesli będą do mnie jakieś konkretne pytania, z radością na nie odpowiem - proszę tylko o ich wyraźne sfomułowanie [...] Fajnie że czytacie liberte.pl - dzięki.

Sprytnie. Przecież jak człowiek ma wyraźne sformułowanie, to odrobił za pytanego trzy czwarte odpowiedzi. No, ale nikomu nie da się zagrabić czasu dla prostej gawędy.

nameste

No, cóż, pytania są wyżej, dość konkretne. Ściślej mówiąc – jedno, o rozjazd: czy miała miejsce ewolucja poglądów (ów rozjazd poniekąd usuwająca), czy też nie. Ale mogę żyć z tą wątpliwością ;).

Do tekstu z Liberte nie mam żadnych zastrzeżeń, jego klasę docenili zresztą wszyscy (jak dotąd) wypowiadający się.

No i tylko ten Zoll odbija się nam czkawką.

drakaina

Świetny ten tekst, dzięki za linka, poza tym dzięki temu odnowiłam znajomość z Hartmanem, który nawet o dziwo mnie pamiętał, choć spotkaliśmy się dość przelotnie ;)

nameste

drakaina, tego teksta to warto by na jakichś drzwiach przybić, ale nie wiem, na których ;). Poza tym, miło mi, oczywiście, że blog się przydaje :)

drakaina

Hmmm, tradycyjnie w Wittenberdze troszkę nie pasuje, ale katedra wawelska byłaby w sam raz...