2008-11-27

dygresja molestująca


W swoim czasie (tak, zgadliście: jakieś sto lat temu) lubiłem czytać teksty dramatów, tak tragedii, jak i komedii. Nie przeszkadzał mi brak warstwy audio-wizualnej, w kontakcie z tekstem ten brak nadrabiała wyobraźnia, w tym lepsza od scenicznego wystawienia (czy filmowej adaptacji), że kapryśna, a przez to – niezastygająca w kształcie, z którego później bardzo trudno się wyzwolić. No i czas lektury i jej tempo – należały w pełni do mnie. Słuchowiska radiowe, też cenna i dająca pole wyobraźni forma (choć o parę stopni swobody mniejsze), jednak narzucały sztywną czasowość.

Nigdy nie widziałem żadnego wystawienia sztuki Carla Goldoniego, kiedyś mignął mi w telewizorze kawałek Awantury w Chioggi, ale pozostałem wierny wersji wyobrażonej i nie zatrzymał mnie na długo. Pamiętam, że Goldoni był pierwszym źródłem, z którego wynikała nieznana mi wcześniej (bo skąd? z Serca Amicisa?) wieloregionalność Włoch, ich etniczna (dialektowa itd.) mozaikowość. Kiedy dziś słucham piosenek w wykonaniu Concetty Barra, przypomina mi się ten egzotyczny smak. (A znowuż lektura komedii Wilde'a przyniosła nieoczekiwaną, wczesną, ale głęboką wiedzę o roli sandwicza ogórkowego i solidnych toreb podróżnych.)

Stanisław Brzozowski w swoim Pamiętniku odnotował 5 stycznia 1911, robiąc przeskok od płytkiej (jego zdaniem) recepcji Berkeleya wśród Polaków:
Jaka siła zmusza Jowialskich do gadania o filozofii, podczas gdy bajeczki i figliki (pręciki?) najzupełniej im wystarczają. Właściwie w Polsce Jowialski jest straszniejszy od Inkwizycyi hiszpańskiej, i swemi rozczłapanemi pantoflami wydeptuje on skuteczniej samą chęć nowinek niż najdrapieżniejszy fanatyzm. I wszystko w zgodzie z „papką i czapką”. Och Fredro! Istotnie jest to skarbnica polskości. Kiedyś pamiętam (byłem jako chłopiec nieznośnie uprzykrzony w wysiłku ciągnięcia swych myśli za włosy i sztucznego dorabiania im wąsów i łysiny), Wojciechowi Rostworowskiemu zdaje się, przedkładałem, że Fredro jest wyższy nad Moliere’a. Czem był dla mnie Moliere wówczas! I właściwie czem jest on dla nas dzisiaj. Ale Fredro nigdy nie przedostał się aż do tej dziedziny, w której kwestyonowany jest sam człowiek, nie miał on zasadniczej (jako poeta) żywej idei człowieka. Moliere blizki był tej głębiny lub nawet dosięgnął jej. Teraz zacznę znów go czytać i myśleć o nim, prędzej więc przypomina mi Fredrę to, co wiem o Goldonim.
Jaka kształcąca uwaga. Swemi rozczłapanemi pantoflami w rzeczy samej polski nasz Jowialski wydeptuje. (Premiera sztuki Zapolskiej, tej, która się kojarzy, miała miejsce 5 lat wcześniej, tekst zaś wydano drukiem w 1908.)

I tak sobie myślę o tych postaciach w tużurkach (przerobionych z wyleniałych kontuszy), pełnych mądrości zdrowego rozsądku, uświęconych porzekadeł, które tak świetnie zastępują myślenie, tych bajeczek i figlików, no i tych podszczypywanek codziennych, o których kiedyś, pod koniec XX wieku, powstał tekst Chichot szczypanej sługi. Myślę o tych neosarmatach pragnących (retorycznie, rzecz jasna) mrzeć za neowandeę. Są uroczy; ich przepisy kucharskie zmodyfikowały nasze geny, a nalewki księżodobrodziejskie to jedna z cenniejszych ampułek naszej kultury. Tylko kiedy zaczną gadać o kobietach, przypominają mi się awantury z Chioggi i myślę wtedy, że choć to (jak i u Goldoniego) malowniczy regionalizm, mógłby już się nieco rozcieńczyć, bo w stężeniu jest nieznośny i śmierdzi (jak małpa bez kąpieli, że tak na Fredrze skończę).

9 [komentarze]:

andsol

To jest nie do wytrzymania. Nie dość, że jedni ludzie tworzą nowe dzieła, które należy poznać, to inni ludzie odgrzebują stare dzieła, które też.

Które też co? A już nie pamiętam. Za dużo tego na jedną biedną głowę. Może by tak zrobić spółdzielnie czytelnicze? Ja mógłbym się zająć okresem styczeń - czerwiec 1916. Bo w czasie wojny to chyba mniej drukowano...

nameste

Ruchy Browna, andsolu, swobodny dryf, przyjemności jętek.

barista

Genialne.

nameste

barista: wyraziłeś się tak zwięźle i przesadnie, że aż się zastanawiam, do czego to było. Hipoteza: do kształtu meandra.

M

Ja tylko jeden trop rzucę - "Pan Jowialski i jego spadkobiercy. Rzecz o perspektywach śmiechu szlacheckiego" Jerzego Stempowskiego. Niekomentowalne, bo jakże tu komentować erudycyjny wzorzec z Sevres.

nameste

M: dzięki za przypomnienie Stempowskiego, jest on mocno a propos, myślę, że bardziej w związku z Pewnym Duchem, choć i siodłanie Jowialskich się wpisuje. Stempowski prowadziłby dzisiaj bloga i byłby to blog na uboczu. Miałby też z nim problem, który – wydaje mi się – rozumiem (drobny dowodzik, p. 11). Znalazłem takie oto zwierzenie Stempowskiego:

Zwyczaj prowadzenia dziennika intymnego zawsze mi się wydawał nieco śmiesznym. Dzienniki takie przypominały mi zeszyt, w którym jedna z moich ciotecznych babek pieczołowicie notowała każdego dnia najdrobniejsze objawy swego trawienia. "Forma mollis" zapisywała, wychodząc rano z wygódki. Doznania cenestetyczne towarzyszące trawieniu są bardzo liczne i niezmiernie zróżnicowane, jednakże zapisane wyglądają żałośnie ubogo. Podobnie życie wewnętrzne człowieka pod jego piórem redukuje się do niewielu rzeczy.

Dalej jednak znajdziemy zapis "odkrycia", jakiego dokonał. Zastanawiając się dlaczego pisze, wykrył, że pisze dlakogo. Czy to mglista niejasność takich motywacji sprawiła, że pytajnik "dla kogo" nigdy nie zleksykalizował się w wyraz analogiczny do "dlaczego"?

barista

"Właściwie w Polsce Jowialski jest straszniejszy od Inkwizycyi hiszpańskiej, i swemi rozczłapanemi pantoflami wydeptuje on skuteczniej samą chęć nowinek niż najdrapieżniejszy fanatyzm."

Prawda, nie tyle "genialne" co do mnie trafiające. Jak mawia moja córka "they aren't bad, they're just stupid".

kwik

Mogłeś chyba pominąć te pręciki, zaintrygowany sięgnąłem po Pamiętnik, ale wyjaśnienie było dopiero w Przypisach:

Odczytanie rękopisu przedstawiało znaczne trudności, wymagało dużo pracy i czasu. Obejmuje on zaledwie pięćdziesiąt dwie i pół stronicy zwykłego nieliniowanego kajetu w ceratowej oprawie formatu 17½/27 cm. Zapisany jest jednak gęsto drobnem, sianem, Brzozowskiemu właściwem i charakterystycznie nieczytelnem pismem, unikającem zamykania i kropkowania liter, a zasadzającem się często na wiązaniu samych niezróżnicowanych, jednorodnych kresek. Godzinami trzeba było nieraz ślęczeć nad jednem słowem i raczej odgadnąć je na podstawie znajomości słownictwa i innych dzieł autora niż odcyfrować. Przy tej robocie, zarówno jak i przy wertowaniu biblioteki Brzozowskiego celem częściowego bodaj zrewidowania lektury, o którą „Pamiętnik" potrąca, był mi wielce pomocny p. Michał Rudnicki, tłumacz studyów Sorela „O sztuce, religii i filozofii", za co Mu imieniem Wdowy na tem miejscu składam podziękowanie.

Mimo wysiłki nie udało nam się jednak w kilkunastu miejscach odcyfrować pojedynczych słów tekstu, i miejsca te pozostawiamy wykropkowane, o ile były zgoła nie do odczytania, znaczymy je zaś pytajnikiem w nawiasie, jeżeli pozostawała pewna wątpliwość co do trafności interpretacyi.

nameste

kwik: masz rację, mogłem pominąć pręciki, ale – wiem, że możesz nie dać wiary ;) – jakoś tak mi się pomyślało, że na co jak na co, ale na "pręciki" kwik na pewno zareaguje :)