2008-10-11

zamykanie (problematyczne)


Wracam do tego tematu (i do tej książki) chyba po to, by go wreszcie zamknąć. Przeczytałem ponownie dyskusje (obszerne, obfitujące w cytaty) pod blogonotami Temat żywy i Temat żywy (wyłuszczony), i podtrzymuję wszystko, co tam powiedziałem. Antysemityzm jako rodzaj drugiej twarzy polskiej tożsamości narodowo-katolickiej jest tematem żywym. Ciekawsza jednak jest – zwłaszcza z punktu widzenia, który tak łatwo zająć (a mianowicie zdumienia poziomem irracjonalności przesądów czy też, za kwikiem, zdumienia skalą głąbozy) – odpowiedź, dlaczego tak jest.

Książka Tokarskiej-Bakir jest próbą takiej odpowiedzi. Robocze (i hipotetyczne, bo sformułowane przed jej wydaniem) omówienie można, myślę po [wstępnej] lekturze Legend o krwi, utrzymać.

Nie sposób jednak streścić 800-stronicowej książki formatu B5, choć gros tej objętości zajmuje dokumentacja (teksty źródłowe, przypisy [w porażającej liczbie], ikonografia). Nadto, tezy tam pomieszczone nie mają charakteru publicystycznego; wbrew (również hipotetycznym, choć kategorycznym zarzutom „w ciemno” [np. tutaj: „nie traktuję poważnie pseudonaukowych wywodów Tokarskiej-Bakir i nie będę racjonalizował jej intuicji”]), są to tezy o charakterze naukowym, oczywiście w takim tylko sensie, w jakim „naukowość” przysługuje domenie antropologii kultury i dziedzinom pokrewnym.

Przez co rozumiem, że (po pierwsze) są te tezy formułowane z precyzyjnie zadanym zakresem zastosowań (inaczej mówiąc: nie znajdziemy tam publicystycznych uogólnień pod kwantyfikatorem wielkim), i (po drugie) występują wraz z uzasadnieniem (nie piszę, bardzo świadomie, „z dowodem”). Cóż więc mogę – wobec ogromu materiału tam zgromadzonego – zrobić, nie poprzestając na (aroganckim) wezwaniu „kup, przeczytaj; polemizuj (jeśli masz na to ochotę) z tekstem, a nie z wyssanym z palca wyobrażeniem”?

Mogę przepisać parę akapitów z początkowych partii książki, byście wiedzieli, jakie przesłanki formułuje JTB i jakich narzędzi używa, odkopując korzenie tej ciemnej skamieliny. Zamiast streszczać – dam próbkę.
Marie von Ebner-Eschenbach pisze, że o prawdziwym znaczeniu jakiegoś słowa informuje sprzeciw, jaki ono wywołuje. W podobny sposób – na podstawie reakcji – można się dziś w Polsce przekonać o prawdziwym znaczeniu słowa „Żyd”. Zaraz gdy padnie, w oczywisty sposób zmienia rangę każdego aktora dyskursu, księdza, uczonego, polityka, nawet papieża-Polaka. Żydowskie pochodzenie, urojone i nie, stanowi w Polsce przedmiot sensacyjnych plotek, wyznań i donosów. „Żyd”, ów, jak go nazwał Leszek Kołakowski, „abstrakcyjny symbol ujemny”, jest stałym elementem wyzwisk i określeń pejoratywnych, tradycyjnym kierunkiem przeniesienia agresji. Od „Żydów” wyzywają się uczestnicy kolizji w centrum Warszawy. „Ty Żydzie” – mówią do siebie polskie dzieci, chcąc się wzajemnie poniżyć. „Żyd to ktoś, kto się nie dzieli”, wyjaśniają. Koleżankę, która nie była u pierwszej komunii, te same dzieci nazywają „Żydówą”. „Ale wstyd, idzie Żyd” – wołają w Sandomierzu za kimś, kto naraził się grupie. „Ty stara Żydówko”, „Żydówko śmierdząca” – ubliża się nielubianej sąsiadce. „Górale, nie głosujcie na Żyda”, namawiają autorzy anonimowej ulotki z okresu wyborów samorządowych 2006. „Do Żyda” oddaje się dziś (rok 2006) w komis auto, które nadaje się „na szmelc”. W języku współczesnych rzemieślników określenie „malować dla Żyda” oznacza robotę niedbałą. Prośba o sprzedanie towaru „na oko” (tzn. bez szczegółowego ważenia) zostaje skomentowana: „mniej więcej – jak Żyd na nartach”. Potknięcie o wystający kamień w chodniku określa się jako „potknięcie o Żyda [żyda?]”. „Goń Żyda!” – to okrzyk, którym właściciel psa zachęca go do pogoni za kotem. „Grać w Żyda” stanowi inną nazwę dla tzw. gry w wisielca. Kibice łódzkiego Widzewa piętnują wrogą drużynę, wpisując w jej nazwę „gwiazdę Dawida” (Ł*S) [w miejscu gwiazdki – gwiazda Dawida]. „Polonia-Żydy, Polonia psy” – piszą na murach inni polscy kibice. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku otrzymanie książki Andrzeja Żbikowskiego Żydzi polscy zastępowało sycylijskie ryby – zwiastowało wyrok za zdradę.

W polskim dyskursie jawnie antysemickim słowo „Żyd” dalej funkcjonuje jako symbol fałszu i perfidii. O tabu tego słowa można przeczytać u Samuela Baka, Hanny Krall, wynalazczyni określenia zastępczego „słowa
na Ż”, u Henryka Grynberga, autora obserwacji, iż kulturalni Polacy wciąż ściszają głos przy jego wymawianiu, albo u Michała Głowińskiego:
Słowo Żyd stało się słowem tabu. Gdy ktoś chciał powiedzieć o kimś, że jest Żydem, używał słów zastępczych – „wiadomego pochodzenia”, „no, wiecie, kto to...” (...) W przeciętnej świadomości, zwłaszcza ludzi młodych, którzy nie mieli okazji zetknąć się z Żydami, utarło się przeświadczenie, że bycie Żydem jest faktem wstydliwym. „Jest Żydem, ale wcale się tego nie wstydzi” – przeczytałem kiedyś w jednym z artykułów w „Ruchu Muzycznym”.
[pomijam odsyłacze do przypisów – n.]
Moja prywatna empiria potwierdza. Tak właśnie jest (bywa; bywa wszakże – często, ten „kod kulturowy” jest powszechnie w Polsce zrozumiały). Tokarska-Bakir pisze dalej:
Ten dziwaczny antysemityzm bez Żydów można by nazwać ekspletywnym lub rytualnym, jak rytualne są przekleństwa, których Polacy używają w charakterze przerywników. Jednak „rytualny” nie znaczy tu „powierzchowny”, a tylko „niewymagający świadomej wiary, niepoddawany weryfikacji”. Nie jest powierzchowne coś, co mimo pozorów bezużyteczności, nie obumiera, co odtwarza się według wzoru, znajdującego się poza świadomą pamięcią i wolą. Choć treści antysemickie są niedorzeczne, ich trwałości nie można wyjaśnić wyłącznie w kategoriach obskurantyzmu, niewystarczającej wiedzy. To problem podobny do tego, dlaczego ludzie śnią: niedorzeczności snów nie zwalczy się perswazją i publicznym oświeceniem.
Przerzucam parę stronic.
Antysemityzm jest w Polsce tematem starym i „zimnym”, co znaczy głęboko zakorzenionym i coraz mniej dostępnym bezpośrednio. Współczesny język polski od ponad półwiecza coraz rzadziej wyraża treści antyżydowskie wprost. W Polsce nieporównanie rzadziej niż np. we Francji profanowane są żydowskie cmentarze, nieporównywalna jest też skala rasistowskiej przemocy. W kraju mamy dziś raczej do czynienia z „antysemityzmem strukturalnym”, działającym poprzez aluzje i dwuznaczne sygnały, słowa i czyny „skażone”, które – jak te z transparentów komentujących niedoszły ingres biskupa Wielgusa – korzystają z nadwyżek symbolicznych ukrytych w języku. Przykładem podwójnych komunikatów są hasła, pod jakimi występuje reaktywowana przez Romana Giertycha Młodzież Wszechpolska, poniekąd w całości będąca takim podwójnym komunikatem. Podobną strategią posługuje się też kierowana do niedawna przez Giertycha Liga Polskich Rodzin.
Poszukując źródeł owego „snu”, autorka sięga naprawdę głęboko. Poniższy akapit można traktować jako wprowadzenie do pierwszej części książki, zapowiedź analizy i udokumentowania, które rozległością i drobiazgowością nie pozostawiają wielu luk.
Niniejsza książka ma m.in. za przedmiot narracje, które w terminologii naukowej określa się angielskim terminem blood libels myths, niemieckim Blutbeschuldigungsgeschichte, hebrajskim ‘alilat dam, a które ja określam zbiorczo mianem legend o krwi. Jej celem jest takie ich uporządkowanie, by przemoc, o której się w nich mówi, przestała być bezsensowna i irracjonalna.

[...] Historyczne i współczesne legendy o krwi są wytworem tego, co Jacques Le Goff nazywa „długim średniowieczem”, okresu przekraczającego periodyzacje historyczne, trwającego od wieku III do XIX. Formacja ta jest złożoną, wielopostaciową, ale uchwytną empirycznie strukturą długiego trwania, utrzymującą się na poziomie społecznych i psychologicznych stereotypów, nawyków poznawczych, słowem – mentalności. W słabo zmodernizowanej środkowowschodniej i wschodniej Europie owo „długie średniowiecze” przetrwało znacznie dłużej.
Przyznam, że „Proppowskie” analizy JTB dotyczące funkcjonowania eucharystii jako Środka Magicznego, konstruowania [czyhającego nań] Antagonisty (którym, nic dziwnego, okazywał się Żyd) i innych etnograficznych ilustracji dla tezy, że w pewnym sensie „Europa jest źle ochrzczona” – analizy te okazały się bardzo ciekawe i pouczające. Pokrywają rozziew między „duchem Ewangelii” a realnym, kulturowym i społecznym pragmatyzmem mitologii, często krwawym. Chrześcijaństwo okazywało się decorum skrywającym starszą, bardziej pierwotną wiarę i praktykę magiczną, której wspólnotowy wymiar współfundował sprzężenie między tożsamością własną a definicją Innego.

Zanim już całkiem omdleją mi palce od klepania w klawiaturę, cytat ostatni:
Nie będzie to, jak widać, książka o Żydach. Legendy o krwi są źródłem do etnografii chrześcijan. Grupa zawsze uważa się za zdrową, dlatego cechy przypisane Innemu będą antytezą wyidealizowanego obrazu własnego. W tym sensie stereotyp jest daną na temat grupy stereotypizującej (jej kultury i epoki), nie zaś stereotypizowanej [podkr. moje – n.]. Wybór wyobrażeń, które grupa wybierze do stereotypizacji, jest wypadkową aktualnych zmiennych społecznych i okoliczności historycznych. Część z nich może być rezultatem faktycznych interakcji i doświadczeń jednostek, ale stereotypy mogą być także uwieczniane, wskrzeszane, kształtowane poprzez przekazy zawierające fantazję życiową danej kultury, niezależną od istnienia bądź nieobecności jakiejś grupy w tym społeczeństwie. Występujący w nich Żydzi to „Żydzi symboliczni”, istoty z pół snu, pół jawy, zasiedlające pogranicze lęku i bezradności teologicznej, a więc tradycyjne obszary religijności ludowej. Byt Żyda symbolicznego abstrahuje od prawdy ontycznej. Jest wytworem ludowej epistemologii z jej osobliwym kryterium prawdy, za którą podąża koślawa etyka. Socjolog nazwie go „kategorią pryzmatyczną” – taką, w której odbijają się i załamują opinie wszystkich, którzy patrzą i mają prawo wyrokować o tym, „kto to jest Żyd”, a także „kto z nas jest Żydem”.

Opinii na temat owego „Żyda symbolicznego”, człowieka w pozycji „Żyda”, nie uzyska się metodą badań ilościowych ani też mechanicznych ankietowych. Skoro w języku polskim określenia „Żyd” wciąż używa się jako wyzwiska, musi ono desygnować całą armię podmiotów. O które z nich pyta socjolog, gdy w ankiecie zadaje pytanie „o stosunek informatora do Żydów”? Narzędziem, za pomocą którego można statusu owego „Żyda” dociekać, jest klasyczny wywiad etnograficzny. Dopiero w kolistym trybie rozmowy i studiów źródłowych wątek fantastycznych wyobrażeń („bożek w synagodze”, „ślub na śmietniku”, „porywanie dzieci na macę”) można oddzielić od osnowy – rzeczywistych spojrzeń, rzucanych niegdyś na podwórko sąsiada.
Gdyby ktoś zechciał nie tylko przeczytać powyższe (co samo w sobie jest wątpliwe ;), z uwagi na rozmiar), ale i skomentować, a zwłaszcza polemicznie – mam prośbę. O lekturę przynajmniej tych podlinkowanych na początku blogonot i dyskusji pod nimi. Abyśmy nie wyważali ponownie tych czy tamtych drzwi. Zdaję też sobie sprawę z niejakiej chaotyczności takiego przedstawienia książki Tokarskiej-Bakir, przedstawienia, które jest dalece niepełne. W szczególności ani słowo nie padło o części drugiej (Współczesne narracje o krwi), w której prezentowane są wyniki badań terenowych z Sandomierskiego. Być może jeszcze do tego wrócę, na razie jednak pora ten temat (jako się rzekło) zamknąć i zająć się ewentualnie czymś innym.


zamykanie (problematyczne) – 2
zamykanie (problematyczne) – 3

23 [komentarze]:

kwik

Jeśli jestem zdumiony, to tym, że ktoś sam z siebie czyta tak grubą książkę (a sądząc po próbkach mocno przegadaną). Skalą naszej narodowej głąbozy nie jestem zdumiony, najwyżej za każdym razem od nowa zbrzydzony. Podtrzymuję co mówiłem, antysemityzm jest częścią naszego zacofania. Tu się przecież T-B ze mną zgadza, też przecież sugeruje że antysemityzm - albo jego podłoże - przetrwało u nas jak w skansenie ("W słabo zmodernizowanej środkowowschodniej i wschodniej Europie owo „długie średniowiecze” przetrwało znacznie dłużej"). Inaczej niż ja, T-B uważa, że oświecenie nie leczy antysemityzmu. Pozostanę przy swoim zdaniu, być może nie samo duchowe oświecenie, ale związany z nim postęp cywilizacyjny. Nie wiem zresztą jaką kurację zaleca T-B. Podchodzę do problemu pragmatycznie, nie musimy wiedzieć od kogo dostaliśmy syfa ani czytać monografii o krętku żeby się z syfa wyleczyć.

Nie lubię wypadów poza granicę świadomości, bo tu można wcisnąć dosłownie wszystko, wedle własnego widzimisię. Nie chcę kwestionować istnienia indywidualnej podświadomości, niech sobie będzie. Jednak podświadome dziedziczenie podświadomości, czy jej synchronizowanie i uwspólnianie uważam za absolutnie niemożliwe. Niby jak to by się miało odbywać? Telepatycznie czy za pomocą wymykającego się naszej świadomości języka? To co zostało zepchnięte do podświadomości musiało być kiedyś na widoku, wspólna podświadomość może brać się tylko z takich samych czy podobnych doświadczeń. A w procesie dziedziczenia, jeśli w ogóle zachodzi, musi być choć jeden etap obserwowalny, dostępny naszej świadomości. To nie może być z podświadomości do podświadomości.

Ze wszystkich przytaczanych przez T-B przykładów mnie osobiście dotknął jeden, koledzy parę razy nazwali mnie żydem gdy wkrótce po pierwszej komunii przestałem chodzić na religię; poprzezywali i przestali. Byli to całkiem przyzwoici koledzy, chyba mi zazdrościli, bo im się też nie chciało chodzić. T-B pewnie bardzo długo zbierała swoje przykłady. Już dawno nie widziałem, żeby ktoś szczuł psa na kota, a tym bardziej przy pomocy "goń Żyda", może to jakiś sport lokalny. Równie wydumane wydaje mi się wyzywanie od Żydów przy okazji stłuczki w centrum Warszawy, w takich sytuacjach ludzie zachowują się albo całkiem kulturalnie albo jeszcze gorzej. Natomiast przykłady językowe T-B wyraźnie pokazują to, co już sugerowałem - kulturalni Polacy nie są antysemitami. Stosowanie "Żyda" jako inwektywy charakteryzuje ludzi słabo rozwiniętych intelektualnie. A takich jest większość.

nameste

kwik, to nie jest książka publicystyczno-medyczna, nie jest jej celem zalecanie kuracji, jej celem jest opis pewnego stanu rzeczy i próba jego analizy. Zapewne zatem nie jest przeznaczona dla Ciebie (również z uwagi na objętość ;>), skoro interesuje Cię pragmatycznie tylko jak się pozbyć syfa, a etiologia choroby – już wcale. Podtytuł tej książki brzmi Antropologia przesądu, co dość dobrze komentuje i objaśnia zawartość.

Zauważam nadto pewną sprzeczność. W pierwszym akapicie powiadasz, że antysemityzm jest częścią naszego zacofania, przyznając, że istnieje, że jest tu jakaś polska, czy też może wschodnioeuropejska specyfika. Tymczasem w akapicie trzecim (swoim zwyczajem) bagatelizujesz, że to wydumany problem, problem ludzi niekulturalnych, których – co prawda – jest większość, ale... można to zignorować. Nawet gdyby tak było, to postawy większości powinny nas – w demokracji – interesować, bo się przekładają na realia, które zignorować czasem trudno: bywa za późno. Kulturalni Niemcy w pierwszej połowie lat trzydziestych być może stosowali podobne mechanizmy wyparcia. Chodzi o strukturę zjawiska, nie o natężenie; co do natężenia, sama Tokarska-Bakir naświetla w przytoczonych fragmentach różnicę między polską skamieliną a poziomem antysemickich ekscesów np. we Francji. Nie chodzi więc zatem także o „licytację”.

Gdy idzie o akapit środkowy, ten o podświadomości, mam wrażenie, że więźniesz w pułapce pewnego mechanicystyczno-biologicznego paradygmatu dziedziczenia. Nie chcę się wdawać w długie polemiki, powiem tyle, że powinieneś może prześledzić zjawisko na przykładzie takich stereotypów-przesądów, których występowania nie kwestionujesz i nie ograniczasz do niekulturalnej większości. Jest mnóstwo wzorców kulturowych, którymi raczej się przesiąka, niż przyjmuje (albo odrzuca) na mocy świadomej decyzji.

Termin „podświadomość” lepiej, myślę, zastąpić „nieświadomością” (w znaczeniu Jungowskim, poszerzonym o dopiski późniejszych pokoleń psychonalaityków). Caiem odwrotnie, sądzę, że te kategorie są słabo przydatne do analizy i predykcji zachowań jednostek, sprawdzają się natomiast w odniesieniu do zbiorowości, do kultury. I tak, można było z prawdopodbieństwem graniczącym z pewnością przewidzieć, jaki kształt przybierze tzw. hm,debata po publikacji „Sąsiadów” czy „Strachu”: przykład na działanie „wyparcia”.

Sam to zresztą świetnie ilustrujesz swoimi niegdysiejszymi kolegami, którzy zastosowali wobec Ciebie rozlegle i drobiazgowo opisaną przez JTB antynomię – jak nie katolik (bo na religię nie chodzi), to musi Żyd. Byli – piszesz – „przyzwoici”, może się nawet łapali na pochodzenie z tej „kulturalnej” mniejszości ;). Ktoś ich nauczył tego zachowania, czy raczej przesiąkli czymś, co się w owej „akcji” przejawiło?

Nie umiem teraz znaleźć, ale przypominam sobie, że w jednym z popełnionych niedawno komentarzy andsol wyraził zdziwienie, dotyczące zachowań rozpowszechnionych w środowisku akademickim, wśród kulturalnych ludzi!, zachowań protekcjonalno-pogardliwych wobec kobiet, byśmy dziś powiedzieli: seksistowskich. twierdzę, że – analogicznie – ten wzór kultury jest wyuczany przez „nasiąkanie”, a nie przez świadomy wybór takiego repertuaru reakcji. Jeśli zaś uważasz, że przykłady Tokarskiej są wydumane, polecam psychiatryk24, enklawę ludzi piśmiennych, ztechnologizowanych (internet, komputery), „kulturalnych”. Można tam znaleźć setki przykładów na to, co JTB opisuje ogólnie: mamy dziś raczej do czynienia z „antysemityzmem strukturalnym”, działającym poprzez aluzje i dwuznaczne sygnały, słowa i czyny „skażone”.

kwik

Ale zgodzisz się, że byłby większy pożytek, gdyby T-B zaproponowała jakąś skuteczną kurację. Bo jeśli już tak dogłębnie zanalizowała, to czemu nie? Przesąd jest przecież żywy i szkodliwy.

Można też pójść krok dalej, ale w drugą stronę, zauważyć, że T-B w Legendach o krwi używa tylko tematu X do zademonstrowania skuteczności swojej metody, że nie chodzi przecież o temat X, tylko o pokazanie, że we właściwych rękach "antropologia przesądu" działa.

Ale jeśli naprawdę wcale nie chodzi o Żydów i nasz antysemityzm, to można zarzucić autorce, że wybrała temat taki, a nie inny, chcąc nakręcić zainteresowanie książką, 800 stron "Legend o lelku kozodoju" na pewno byłoby trudno sprzedać.

A może kuracja jest oczywista, tak oczywista, że autorce aż nie wypada pisać. Polega na przeczytaniu "Legendy o krwi".

"Przesiąkanie" do mnie przemawia. Chodziłoby o pobieranie czegoś w tak małych porcjach, że aż niezauważalnie. Na przesiąkanie jest prosta rada - impregnacja. Ktoś, kogo rodzice nauczyli, że antysemityzm jest be, pewnie nie nasiąknie już antysemityzmem w szkole. Nawet jeśli będzie to antysemityzm podprogowy.

Miałem na myśli prawdziwą kulturę, a nie megalomanię wymieszaną z kompleksami. Tu się oczywiście automatycznie zapętlam, bo człowiek kulturalny to dla mnie człowiek bez przesądów, także etnicznych. Kulturalny antysemita to rzadki przypadek psychiatryczny albo cyniczny cwaniak handlujący antysemityzmem.

Nie napisałem, że problem wydumany tylko niektóre przykłady. A Tobie nie trącą myszką? Teraz mamy Unię Jewropejską, europejsów, znalazłyby się inne żywe przykłady. A T-B tego nie zauważyła?

nameste

kwiku, problem z kuracją jest taki, że jest zawsze dla innych, bo ktoś, kto o sobie stwierdza, że mu [ta] kuracja potrzebna, jest właściwie uleczony ;). No i nie przesadzajmy z przypisywaniem (dodatkowych) zadań: nie historycy (na przykład) są od wyznaczania kierunków bieżącej polityki, choć – przecież wiadomo – magistra vitae. Tak i JTB nie jest od tego, żeby formułować „programy naprawcze”. A poza tym – czego Ty właściwie oczekujesz? jakiejś „inżynierii społecznie” (i to skutecznej, bo po cholerę projektować nieskuteczną)?

Zirytowałeś mnie natomiast insynuacjami, że JTB wzięła się za temat X zamiast Y, żeby zapewnić sobie poczytność. Pomijam już fakt fundamentalnego nieuprawnienia podobnych pomysłow (jakie, psiacholera, masz podstawy?!). Ale co, sugerujesz, że za temat X można się zabierać jedynie „na klęczkach i we włosienicy” (metaforycznie), z góry prosząc ew. czytelników by brońbogini ani sięgnęli po książkę? Absurd jakiś.

Co do myszowatości przykładów. Wystaw sobie moje zaskoczenie (również poznawcze!), gdy w liceum jeden z kolegów zaczął pytlować, posługując się leksyką zawierającą słowo „gudłaj". Wtedy jeszcze nie było internetu i wcale nie tak łatwo było dotrzeć do znaczenia. Chodzi mi o to, że różne relikty językowe (i behawioralne) mają zdumiewającą przeżywalność. O czym się można przekonać, gdy się wyjdzie nieco z własnego środowiska, którego kod ograniczony wydaje się przezroczysty (nie jest, z nasiąknięcia, zauważany). Co, oczywiście, w niczym nie zmienia faktu, że ten akurat akapit, któru zacytowałem, ma przewagę myszowatości. Nie zapominaj jednak, że parę drobnych cytatów nie jest reprezentatywne dla całości. I, wreszcie, Twoje żywe przykłady jakby świadczyły o żywości tematu, że tak powiem, nieprawdaż?

nameste

inżynierii społecznej, sorry za tę i inne literówki

kwik

Ależ oczywiście, temat jest żywy i nigdy nie mówiłem, że nieżywy. I tylko dlatego antysemityzm nieco bagatelizuję, że jednak powoli zdycha (mam nadzieję). Dziś antysemitę można już śmiało posądzić o bycie złym Polakiem, przecież rosyjska flota płynąca właśnie na wspólne ćwiczenia z wenezuelską zawija do portu libijskiego, a nie izraelskiego.

Moje niecne insynuacje to próba odbicia piłeczki, bo jeśli książka T-B to tylko antropologia przesądu, czysta nauka bez ambicji praktycznych czy publicystycznych, to jakby na przekór tematowi. A jeśli o książce będzie się mówić, to przecież głównie dzięki tematowi. Nie irytuj się proszę, chciałem się najwyżej odrobinę podroczyć. Przepraszam.

andsol

Tak, Nameste, niedawno wyskoczyło ze mnie, jak to Joanna, architektka, opowiadała, że wcale na tych jej studiach nie tak było jak to sobie wyobrażałem, że powinno było być na Politechnice Wrocławskiej. Tu przestroga dla dziewcząt: nie warto być śliczną. Dziewczyna była jak malowanie i może dlatego te półdupki-asystenty wyżywały swe tęsknoty powątpiewając w jej inteligencję i pracowitość.

W temacie tematu: długo, długo pomyślę, czy 800 stron to najlepsza rzecz do wsadzania do samolotu, przecież może się zapaść od takiego ciężaru. Po drugie, nieźle mi zrobi uprzednie przeczytanie circa 1500 stron w 6 tomach Leona Poliakova (jak już zapłaciłem, to przeczytanie jest najsensowniejszym rozwiązaniem), mam nadzieję, że łatwiej będzie osadzić nasze zdziczenie w ogólnoeuropejskim i zobaczyć ile tu naszej sarmackiej przodującej inwencji a ile starannego kopiowania ogólnokatolickich wzorów. Po trzecie, Jezuici J.Wrighta też są do uprzedniego odczytania, wydaje się, że często ich traktowano tak samiutko (no, minus dolewanie krwi do macy). Po czwarte, to taki temat, że człowiek by się ucieszył, gdyby nastąpił koniec świata i unieważnił potrzebę myślenia o tym jaki jest poziom łajna, w którym pływa nasze społeczeństwo. Nawiasem, na Bloxie, gdzie istnieję blogowo, jest niepokojąco wiele tak skrajnie antysemickich blogów, że chyba warto by było złapać to tałatajstwo za mordę, nie dlatego, że brudzi atmosferę, ale dlatego, że minimum wykształcenia prawniczego starczy, by odnaleźć tam znamiona przestępstw, opisanych w polskim kodeksie karnym.

Więc niczym chwilowo nie przyczynię się do antropologii, ale do czegoś konkretniejszego to bym, owszem, chętnie doszlusował. Otóż gdy we Frankfurcie nad Menem Julek mi pokazywał prawie że całą dzielnicę oddaną przez Niemców Żydom, pomyślałem sobie: skoro im od tego postępowania zgodnie z prawem państwo się nie rozpadło, to może i w Polsce by się dało to zrobić? Terroryści od Rydzyka wrzeszczą ile to miliardów by kosztowało; nie bardzo w ich rachunki wierzę, ale nawet gdyby, to owszem, nie ma mnie w Kraju, ale zapłacę moją stosowną cząstkę, chętnie wyłuskam z pończochy czy z materaca ten tysiąc czy dwa, żeby wiedzieć, że byłem z Kraju, który zrobił choć minimum, by pogodzić się z historią. A tak się składa, że przeważnie Żydzi to nie są menele i jeśli ten i tamten zdecyduje zmienić Tel-Aviv czy Nowy Jork na Polin, to Kraj na tym sporo wygra, bo taki gość (czy gościówa) zapewne zacznie robić coś z głową, co rozwinie bliskie otoczenie.

Ponadto: w moim odczuciu przegrywa się historyczną szansę nie wywierając nacisków na B16, by raz a starannie rozprawił się z wbudowaną w doktrynę powielaną w Polsce częścią antysemickich nauk. Jako Niemiec jest on nolens volens bardziej podatny na to niż by był Nasz Święty (który zgrabnie potępiał przewinienia historyczne, ale w aktualności nie wysłał ani jednego chorego na antysemityzm księdza na leczenie), a nie ma na świecie papieża, który by nie starał się o zachowanie w tak katolickim kraju konkordatu. No tak, ale do takich działań trzeba mieć polityków, a nie egoistyczne pierdoły.

Cyncynat

"Ponadto: w moim odczuciu przegrywa się historyczną szansę nie wywierając nacisków na B16, by raz a starannie rozprawił się z wbudowaną w doktrynę"

andsol, antysemityzm, w pewnej formie jest juz w Ewangelii. wynika to m.i. z tego, ze w czasie pisania Ewangelii trwala walka miedzy xianstwem a judaizmem o rzad dusz. Np w "Constantine's Sword" James Carroll argumentuje, ze antysemityzm jest gleboko zakorzeniony w chrystologii xianskiej, bo rodzil sie wlasnie wtedy, gdy byla dyskusja nt istoty Chrystusa, a Zydzi - wiado - mieli na ten temat inne zdanie niz xianie.
Zadanie jednak od B16 by zmienil doktryne uwazam za dosc nie na miejscu. Jakim by on byl katolickim papiezem gdyby zmienial doktryne? Moze natomiast jeszcze bardziej antysemityzm pozamiatac pod dywan - dokladnie w duchu 2-go soboru Watykanskiego. (Wtedy zostala przyklepana polityka odchodzenia od Mszy Trydenckiej, m. i. wlasnie dlatego, ze w niej byly kawalki anty-Zydowskie)

nameste

1. Zyski z 800 stron.

Dla mnie pożytki z tej lektury były dwojakie. Po pierwsze, dała wgląd w rodzaj archeologii nieświadomości, pokazując jak złożone są warstwy mitologii praktycznej, zmiennej historycznie, tej, która wpływała na wyobrażenia ludu i jego zachowania. Dla współczesnego człowieka jest słabo zrozumiała na przykład namiętność dogmatyczna, a przecież w średniowiecznej Europie spory o (dajmy na to) transsubstancjację prowadziły do śmierci jednostek i wojen narodoów. Boję się, że aby powyższe uwagi nie brzmiały ogólnikowo, będę musiał pokazać w oddzielnej blogonocie parę tez szczegółowych z JTB, odnoszących się do historycznej transformacji chrześcijańskiego antyjudaizmu (który miał swój odpowiednik w żydowskim antychrześcijaństwie) w antysemityzm. Nie stać mnie na to (za mało wiedzy i, dodam, również ochoty do czasochłonnych inwestycji), by weryfikować krytycznie te tezy, ale mogę traktować je jako co najmniej ilustrację do wewnętrznej złożoności tych zagadnień.

Drugi pożytek, to wgląd we współczesne „życie” tego (tych) przesądu (przesądów), które udokumentowano w badanich terenowych z Sandomierskiego. Tu pojawia się także ten całkiem już współczesny kłąb zagadnień związanych z Holocaustem, z tragiczną przestrzenią między szmalcownikami a Sprawiedliwymi, i, oczywiście, z kwestią zawłaszczenia majątków.

Jest więc w tej książce sporo materiału do przemyśleń. Ale ostrzegam: proporcje miedzy tezami a ich dokumentacją (w sensie objętości) są dramatyczne. Tezy zajmą (konkrety liczbowe są z sufitu, mówię teraz poglądowo) stron 50, a cytaty, źródła, przypisy, ikonografia – 750. Nie wiem, czy sam sięgnąłbym po tę cegłę, gdyby nie rodzaj autozobowiązania, zaciągniętego na tym blogu.

2. Kuracja

Kwik dopominał się o kurację, ten wątek wrócił też u andsola w postaci postulatu, by nacisnąć na B16. Wydaje mi się, że można powiedzieć, iż polska ew. kuracja leży w obszarze zmodernizowania katolicyzmu. Obserwujemy natomiast (jak sądzę) tendencję dokładnie odwrotną; jestem więc raczej pesymistą. Człon „narodowy” w „narodowo-katolickim” jest również silny tradycją endecko-moczarowską; krótko mówiąc, owo wspomniane przez andsola „łajno, w którym pływa nasze społeczeństwo” ciągle czeka na korpus augiaszowy.

3. Parę uwag szczegółowych

andsolu, na wszelki wypadek zdystansuję się od stwierdzenia, że „przeważnie Żydzi to nie są menele”, tym bardziej, że desygnat kategorii zbiorowej „Żydzi” jawi mi się jako cokolwiek rozmyty; tak naprawdę nie wiem, o kogo chodzi.

cyncynacie, katolicka doktryna zmieniała się wiele razy, a odpowiedzialność za to ponoszą synody, sobory i – jakby inaczej ;) – papieże. Jestem cyniczny i skłonny do oglądania tych procesów jako procesów par excellance politycznych, z kategorią porządkującą – „duszorządztwem” (za którym idzie „dziesięcina”; mówię metaforycznie). Ale, oczywiście, nie zewnętrzne perswazje wpłyną na B16.

Cyncynat

nameste, ale oni - katolicy - rozbudowuja tradycje, a nie zmieniaja doktryne. taka jest oficjalna wersja (mniejsza o to jak ona jest zwiazana z rzeczywistoscia).

Marta

A jednak 600 lat tu przeżyli !

800 stron to dużo, ale chyba za mało, by wszystkie aspekty przebadać. Bo czy taki werbalny antysemityzm, za którym rzadko idą czyny, jest tak do końca antysemityzmem? Odwracając – wprawdzie każdy wróg jest żydem, ale nie każdy żyd jest wrogiem. Safrin zauważył,, że zasadniczy antysemityzm nie przekłada się bezpośrednio na niechęć do konkretnych przedstawicieli nacji.
Antysemityzm, jak wszystkie izmy ma funkcję integracji grupy. Ale działa w obie strony – tworzy układ my-oni dla obu nacji. Czy dla tej drugiej, czyli dla żydów, tworzenie bariery nie jest ważniejsze ? Były w polskich miastach liczne kolonie ormiańskie, licznie zjechali do nas Niemcy, Czesi. Gdzie oni są ? Wyjechali ? A żydzi trwają. Mury oblężonej twierdzy są nieprzekraczalne z każdej strony. Pamiętna wypowiedź pierwszego ambasadora Izraela, czyniąca żyda z Mickiewicza, została przez Wiktorczyka określona jako środek na porost antysemityzmu. Ile jest w polskim antysemityźmie rabinackiej prowokacji ? Prowokacji w interesie narodu. Bo jednostki czasem cierpią, ale naród trwa. Holokaust był szokiem, może cena była zbyt wysoka ? Ale czy gdyby nie czkawka po holokauście istniałoby dziś państwo żydowskie ?
A to, że żydów w Polsce dziś nie ma to bajka. Na 32 osóby kończące studia na moim roku, co najmniej piątka to kahalni żydzi. A o ilu nie wiedziałam ?
A co do Widzewa – to jemu właśnie domalowują gwiazdę i nazywają Żydzewem. ŁKS’owi dodają swastykę.

nameste

Zachowam ten komentarz jako egzemplum. Po pierwsze, sami sobie winni (antysemityzm jest pochodną rabinackich prowokacji). Po drugie, sprowokowali Holocaust, wiedząc, że doprowadzi do powstania państwa żydowskiego. Dodatkowa zbrodnia: nie przewidzieli, że aż taką cenę trzeba będzie zapłacić (w domyśle: a jednak warto było).

Ale najbardziej podoba mi się ta piątka żydów kahalnych, nie wyczerpująca możliwego udziału Żydów w społeczeństwie polskim, bo wielu jeszcze nie rozpoznano („a o ilu nie wiedziałam?”); 5/32 to ponad 15%.

Marta

Ślicznie i wybiórczo czytasz. Rzeczy nie biorą się z znikąd, polski antysemityzm nie spadł z nieba. Polacy nie są ani lepsi, ani gorsi od innych. Fakt, dłużej pozostawaliśmy narodem wiejskim, ale twierdzenie, że winna jest wyłącznie głupota polaków jest - wybacz - prostacka. Wiele rzeczy wpłynęło na wzajemne stosunki - zabory, specyfika chasydyzmu, liczebność żydów w Polsce. Dziś zachowanie wspomnianego ambasadora czy rabina Wess'a wcale nie przyczynia się do zaniku antysemityzmu. Oczywiście cudze grzechy nikogo nie rozgrzeszają, winy są winami, ale wcale nie jest tak, że każdy żyd jest cudowny i tylko wredni Polacy kochać ich nie chcą. Są różni, jak w każdej nacji. Nie może być tak, że poprawność polityczna zabrania mówić o tych mniej sympatycznych cechach przedstawicieli narodu wybranego.
A co do tej piątki - rzeczywiście procent większy niż w całej populacji, ale oni swego pochodzenia nie ukrywali, nie ukrywali także faktu, że im pomagano w życiowym starcie. Gadanie, że nie ma w Polsce żydów jest mijaniem się z prawdą.

A rzeczy mają swoje skutki niezależnie czy je ktoś planował czy nie. Zagazowanym żadna pociecha, ale tym którzy przeżyli - ich ofiara coś dała. Tylko jak długo można grać tymi samymi kartami ?

nameste

Marto, proponujesz mi grę w czarne-białe (np. przypisując mi głoszenie tezy, że „każdy Żyd jest cudowny”, a „winna jest wyłącznie głupota Polaków”), grę, którą znam na pamięć i w której prowadzeniu nie jestem zainteresowany. W polskim internecie jest mnóstwo miejsc, w których możesz mówić o „mniej sympatycznych cechach przedstawicieli narodu wybranego” do publiczności, która to doceni. Tu tracisz czas.

Marta

Jestem właśnie jak najdalej od tej gry. A teza, o której mówisz, niewysłowiona, obecna jest w dyskusji. Objawia się to tym, że każde niezbyt pochlebne słowo na temat żydów jest automatycznie kwalifikowane jako antysemityzm, bez dociekania, czy jest zasadna czy nie.
Odczytujesz mnie jako jedną z tych co oskarża żydów o wszystko co najgorsze i wini ich za nasze nieszczęścia. Nie - podziwiam ich za to, że potrafili przez tyle lat diaspory zachować tożsamość, religię, kulturę, w otoczeniu zwykle nastawionym niechętnie lub nawet wrogo. Wymagało to dużej mądrości - zarówno przywódców - rabinów jak i ogółu społeczności. Ale zwykle bywa tak u sąsiadów, że wzajemne interesy są sprzeczne. A nasze sąsiedztwo było wyjątkowo bliskie. Mówi się dużo o polskim antysemityzmie, ale jednak żydzi mieszkali tu przez wieki i byli coraz liczniejsi. Dlaczego przed wojną było ich kilkanaście procent, a w kulturalnych Niemczech - przed Hitlerem - ponoć ok 2 ? Czym się ten polski antysemityzm objawia ? Kto z jego powodu doznaje krzywd ?
Gdy w latach 50-tych odbywał się mecz bokserski Polska-USA, to prasa amerykańska oskarżała nas o rasizm, bo publika krzyczała - bij czarnucha.
Głupota drażni. Napisy "żydzew" są wk...ce. Drażni mnie to tak samo jak homofobia i naśmiewanie sie z Czechów. I polish jokes.
Ale prostacy wyżywają się na szczęście przy pomocy spray'u i onetowych komentarzy. Mierzmy rzeczy właściwą miarą.
Dyskurs cały odbywa się na poziomie prostych ocen, po obu stronach. Polak-antysemita, żyd-cwany wróg polski. A rzeczywistość jest jak zwykle bardziej skomplikowana. W takiej dyskursie, w której każda ze stron ma oceny zadane z góry, a niewygodne dla swoich tez fakty ignoruje - rzeczywiście nie mam zamiaru uczestniczyć. Odezwałam się tylko dlatego, w wymianie zdań osób, które w innych sprawach piszą mądrze i rzetelnie, w tej rzeczywiście mocno drażliwej - posługują się stereotypami.

Literacki talent mnie ominął. Może precyzja wypowiedzi z pośpiechu nie jest dostateczna, ale w żadnym momencie nikogo o nic nie oskarżałam. Fakt i jego ocena to różne rzeczy. postaraj się może nie kwalifikować rozmówcy z góry do jednej z dwóch dopuszczalnych szuflad.
-----
Swoją drogą ciekawe, czemu Word poprawia Polaka napisanego z małej litery, a żyda akceptuje ?

nameste

Marto, proszę na dole swojej blogonoty, którą tu komentujemy, aby zapoznać się ze wskazanymi poprzednimi wpisami, głównie po to (cytuję sam siebie) abyśmy nie wyważali ponownie tych czy tamtych drzwi. Mój blog jest na uboczu i rzeczywiście, rozmawiając głównie z osobami, które bywaja tu od początku (a nawet ;) wcześniej), zanadto może przyzwyczaiłem się do polegania na ciągłości naszych tu rozmów.

Z drugiej strony, trudno za każdym razem zaczynać od zera.

Rzuć może okiem na komentarz (krótki) tutaj. Napisałem tam o powodach, dla których odmawiam uczestniczeniaa w dyskusjach (czy „pyskusjach” ;), które stoją na logice starcia dwóch stron. Piszesz: „Dyskurs cały odbywa się na poziomie prostych ocen, po obu stronach. Polak-antysemita, żyd-cwany wróg polski”. Gdzie tak jest? Tu, na tym blogu, odbywa się taki dyskurs? Absurd jakiś.

Nie mam też żadnych ambicji, aby wpisy i rozmowy tutaj wyczerpywały całą złożoność (całej) rzeczywistości.

Nie kwestionuję konkretów (i ocen), które przytaczasz, ale mam wrażenie, że polemizujesz z tezami zasłyszanymi gdzie indziej. Nie kwalikowałem Cię też do żadnej szuflady, brałem na ząb tylko to literalnie, co napisałaś. Może pośpiech był za duży.

PS Według nieco już przestarzałej normy „żyd” z małej litery to wyznawca mozaizmu (w odróżnieniu od Żyda – członka narodu żydowskiego).

Marta

Cóż - czytuję Twój blog od dość dawna - jeszcze "na salonie" więc dla mnie problemu braku ciągłości nie ma. Czytałam z przyjemnością, choć sporo tu zwykłej ekwilibrystyki językowej, co nijak mi nie wychodzi. Nie pisywałam, bo nie było nic z czym bym się nie zgadzała, więc po co strzępić klawiaturę?
Tu jednak, mimo, że ogólnie zgadzam się z faktem, że antysemityzm w Polsce jest problemem (inne -izmy też), to jednak jest w tym jakiś zgrzyt. Zgrzyt hipokryzji. Chodzi chyba o zbyt daleko idące żądania, byśmy głowy popiołem posypywali, przyznawali się do zbrodni niepopełnionych. Jako osoba nie do końca utożsamiająca się z trzodą, nie rzucam chleba i nie nadstawiam policzka. Te analizy podświadomości, kulturowych nawarstwień, wpływu religii są słuszne, ale dotyczą nie tylko polskiego społeczeństwa. Jeśli ktoś chce rzucać kamieniem - powinien być bez winy.
Ale rzeczywiście - aspektów jest sporo i mieszają się w zbyt krótkich postach. Mam nadzieję, że wyjaśniło się, żem nie moherowa babcia co chce o chrześcijańskich dzieciach na macę porywanych.
I przepraszam za błędy - Word wszystkiego nie poprawia.

Marta

Dyskusja nie odbywa się tu. Tu panuje zgoda, ale ta dyskusja jest - sam piszesz - są miejsca gdzie mówią inaczej. Chcesz czy nie - to też jakiś głos w dyskusji jest. A niechęć do pyskówek rozumiem doskonale.
A wracając do panującej tu zgody - to też i trochę chciałam zamieszać, przerwać to poklepywanie się po ramieniu. Nawet jak dla mnie zrobiło się zbyt słodko i różowo :)

nameste

Nie wydaje mi się, aby było aż tak różowo, nie jest tak, że panuje tu powszechna zgoda i tylko cium-cium, chociaż pewnie nie mnie to oceniać.

Faktem jest natomiast, że rzadko się tu krzyczy ;>, i może to Cię lekko myli.

andsol

@Cyncynat: Twoje argumenty są ciekawe i widzę, że bez wdania się w pogłębienie mojej wiedzy o katolicyzmie nie będę umiał rzeczowo na nie odpowiedzieć. Nie traktuj więc poniższych uwag jako próby odpowiedzi a jako wahające się rozważania wewnętrzne. Jeśli przejawem wbudowanego w doktrynę antysemityzmu są elementy mszy trydenckiej, to nie jest tak źle, gorzej by było, gdyby widniały one w kazaniu Chrystusa na Górze Oliwnej. Cokolwiek późniejszego to tradycje i interpretacje i dają się zmieniać. Interpretacje dają się zmieniać, tradycje dają się interpretować. Więc doktrynalnie katolik nie ma chyba obowiązku być antyżydowski.

Moje odczucia o potrzebie nacisków są bardzo powierzchownie sformułowane, daję słowo, że coś mądrzejszego tam jest, ale to cholerna robota z dochodzeniem do solidnych sformułowań, przeszkadza mi brak talentów i ochoty, by wdawać się w wewnątrz-katolickie kwestie. Ale idea idzie mniej więcej tą ścieżką: ten polski katolicyzm widzi mi się taki mściwy i obrzędowy i cierpiętniczy nie dlatego, że tak musi być, ale dlatego, że brak nam kogoś podobnego do Chestertona czy Mertona czy Maritaina -
i w braku ich jakieś kato-popy w Mercedesach skupiają uwagę tłumu. Zmiany nie przyjdą szybko od ateistów, bo ani w tym ani w następnym pokoleniu nie będą oni większością. Jedyna nadzieja w inteligentnym katolicyzmie. I pojawiwszy się, będzie on miał szanse nieco oczyścić te mocno cuchnące katakumby. To takie zgromadzenia myślących katolików mogą wymóc na papieżu, by pomógł w kierowaniu stada (dusz, oczywiście, o duszach mówię) ku zgodzie i miłości a nie ku wierze w pieprzone kolorowe mace.

@Nameste: wiem, że stopień stężenia i jakość intencji oddziela stereotypy od przesądów i ucieszę się, jeśli wliczysz do stereotypów moje przekonanie, że statystycznie rzecz biorąc jednostki ze społeczności anglosaskich czy żydowskich czy skandynawskich są energiczniejsze i zaradniejsze niż to bywa w grupach polskich czy białoruskich.

andsol

Marto, Twoje wypowiedzi są trudnym wyzwaniem dla szczątków mojego dobrego wychowania. Najchętniej bym przemknął ponad Twoimi uwagami udając, że nie widzę, ale niestety zauważyłem i nie jestem dobry w udawaniu. Więc muszę jakoś zgromadzić wiarę w dobrą jakość Twoich intencji, ale tej wiary nie wystarczy, by wierzyć w jakość otrzymanych z tych intencji wyników. Zacznę od głębokiego braku zaufania do tej historii:

Na 32 osóby kończące studia na moim roku, co najmniej piątka to kahalni żydzi. A o ilu nie wiedziałam ?

A co Ty studiowałaś, języki semickie? Biblistykę? Bo jeśli zamierzasz sugerować, że przeciętna grupa studencka po roku 1968 mogła mieć 15% studentów ujawniających żydowską przynależność etniczną i wiarę religijną, to lepiej porozmawiajmy o hydroponicznej hodowli szczypiorku.

Przed paru laty w rozmowie z p. Robertem Stillerem (na nie-etniczne tematy) napisał on o zajmującym jego czas tworzeniu Żydowskiej Gminy Reformowanej i powiedział wtedy:
W naszej gminie zaś jest na razie 60
osób, z czego połowa w Warszawie; powstają nasze mniejsze ośrodki w innych miastach; jesteśmy też w trakcie tworzenia wspólnego związku z innymi gminami nieortodoksyjnymi, [...] których
łączna liczebność sięga 200 osób.


Wykropkowałem jego nieżyczliwe uwagi o ortodoksyjnej gminie, która nie była o wiele większa. Mam też jakie-takie dane liczbowe o Wrocławiu, mój przyjaciel (urodzony w katolickiej rodzinie z rosyjskiej matki, któremu tak intensywnie przypominano "żydowskie pochodzenie", że się zainteresował tą stroną przeszłości swojego ojca) jest mężem pani, od której jest nazwa Fundacja Bente Kahan - tu też liczby nie są imponujące. Nie da się z Żydów u nas zrobić ani kolumny ani dywizji, co najwyżej parę kompanii.

Po drugie, wydaje się, że tak dobrze znasz polski, że nawet nie potrzebujesz korektora ortograficznego, zwroty literackie i gładkie, ale teksty dobrze jest także przepuszczać przez głowę. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego co wygadujesz używając zwrotu czkawka po holokauście?

Gdy już sobie to z lekka przemyślisz, może zdecydujesz się na przeformułowanie tego, że np. Europa wysrała tych Żydów poza swoje granice - miało by to więcej sensu - i wówczas zachęcę Cię do poszperania w danych. Tak o osadnictwie w Palestynie jak i o kwotach żydowskich, które różne demokracje świata ustalały jako dopuszczalne gdy przyjmowali tych niedobitków ludobójstwa.

Po trzecie:

Były w polskich miastach liczne kolonie ormiańskie, licznie zjechali do nas Niemcy, Czesi. Gdzie oni są ? Wyjechali ? A żydzi trwają. Mury oblężonej twierdzy są nieprzekraczalne z każdej strony.

Czy znasz historię Żydówki spalonej przez Żydów za dobrowolne przejście na katolicyzm? Pogromy mniejszości polskiej, która próbowała się z Żydami zasymilować? Wskazywanie granatowej policji gdzie mieszkają "parszywe polaki"? Mordowanie na ulicach w wolnym, powojennym kraju Polaków przez żydowską tłuszczę? Nie? Wszystko to obco brzmi?

Aha, Stanisław Hartman, mój profesor, z kościoła ewangelicko-augsburskiego, wyszedł cało z gestapowskiego Pawiaka, ale dwadzieścia lat później wielu naszych rodaków przypomniało mu, że jest Żydem! Może napisz do jego syna, znanego filozofa i popytaj go czemu w jego rodzinie pamiętają, że 6 pokoleń temu ktoś był Żydem? Może to ich rodzinne hobby?

Mam parę kropli krwi niemieckiej i inne tyle krwi rosyjskiej. Nikt poza rodziną szczególnie tym się nie interesuje, nazwisko polskie, parę pokoleń wstecz w rodzinie był biskup itepe, więc nikt się nie przypieprza do mojej polskości. Czy myślisz, że mi, obojętnikowi religijnemu, chromolącemu większość tradycji narodowych od Bolesława Chrobrego do Lecha Głupiego, uszło by to na sucho gdyby to nie był Niemiec a niemiecki Żyd? Głęboki nurek w kulturę żydowską byłby mi jedynym ratunkiem dla zachowania zdrowej psychiki. Krótko mówiąc: udajesz, że kompletnie nie znasz historii swojego kraju.

I w końcu: zechciej nie zestawiać wypowiedzi rabinów czy ambasadorów z bandyckimi napadami czy z profanacją symboli religijnych albo z prześladowaniem grupy Polaków innej niż "czystopolskiej" etni. I nie spychaj rozmowy na Murzynów biją ani na szczeniackie on mnie pierwszy popchnął. Mam bardzo niski stopień zainteresowania żydowską kulturą, religią, tradycją. Interesują mnie Słonimski, Steinhaus, Tuwim, Fajans, Eilenberg, Tarski, Rubinstein nie dlatego, że byli Żydami, ale dlatego, że byli Polakami. Charakter Żydów to nie moje zmartwienie, mnie martwi tylko poziom niewiarygodnej głupoty wśród Polaków.

nameste

andsolu, w sprawie stereotypów dot. statystycznej zaradności jestem skłonny się zgodzić (że to stereotypy) :)

Myślę, że mogłeś mieć (bardziej) na myśli etos, jaki konstatujemy w pewnych kulturach, nie znajdując tak wielu mocnych potwierdzeń na jego istnienie – w innych. By się posłużyć klasycznym wzorcem protestanckiej etyki pracy (po której, jak siódma woda po kisielu, dziedziczą WASPy ;).

To trochę co innego niż statystycznie ujmowalne przymioty jednostek; w USA tzw. „biała hołota” (w większości amglosaskiej proweniencji) to olbrzymi tłum jednostek, u których zaradności nie stwierdzimy (inna rzecz, że gdy znajdzie się w tym środowisku osoba zaradna, to może opuści swój „rodzony underclass”, no, ale nie zmieni to pochodzenia tych pozostałych). W rzeczywistości (jak sądzę) to kategoria ludzi wyprodukowanych przez system/kulturę, a ich „białość” ma moim zdaniem charakter całkiem drugorzędny.

jacek

Andsolu! Wielki szacunek za słowa, które skierowałeś do Marty! Dokładnie tak samo argumentuję w rozmowach polsko-polskich, wywołując często frustrację wśród rodaków...

jotesz - wyjdę na anonimowego, ale z google chrome nie mogę się porządnie wlogować, jako blogger a do IE nie chce mi się przechodzić.

ps. Lektura o której pisze Nameste jest cegłą, której bym nie tknął, choć wnioski z niej płynące są klarowne, przynajmniej dla mnie. Inżynierom mózgi ukształtowały się inaczej a mój przyjmuje dane na skróty.