zamykanie (problematyczne) – 3
Pod koniec poprzedniej blogonoty wymienia się cztery czynniki kulturowo-psychologiczne, oddziałujące na styku chrześcijaństwo–judaizm pod koniec XII wieku.
Mnie najbardziej zaciekawił pierwszy, przypomnę:
niepokój, wywołany konstrukcją koncepcji sakramentu eucharystii jako trojakiego polutanta i koniecznością oczyszczenia społeczności ze skutków tego niepokoju.Termin polutant (stosowany również w kontekście ekologii/ochrony środowiska) oznacza czynnik szkodliwy, toksyczny, usytuowany w ramach kulturowych kategorii czyste–nieczyste po stronie „nieczystego”; czynnik dotyczący tabu, łamiący zakaz. Dla przykładu, w systemie żywieniowym judaistycznego kaszrut czy islamskiego halal polutantem będzie wieprzowina.
Ludzkie ciało i krew są bardzo silnymi polutantami. Większość kultur ustanawia bardzo mocny zakaz dotyczący kanibalizmu; krew, której symbolicznym mocom poświęcono tomy, traktowana jest w sposób szczególny (nie jako „zwykły” komponent ciała) – tu tabu wciela się np. w lęk przed wampirem, choć rozmaitych aspektów zakazu dotyczącego krwi, tej substancji [za Ricoeurem] reprezentującej niebezpieczne marginesy ciała, można wymienić znacznie więcej.
JTB charakteryzuje polutant w roli sacrum następująco:
Oznacza czynnik wysoce stabuizowany, który w drodze logiki konstruującej rytuały umyślnie zostaje wprowadzony do serca obrzędu po to, by za pomocą właściwej sobie ambiwalencji wyrażał istotne, w codziennej strukturze niewyrażalne idee grupy, związane z jej odnowieniem i oczyszczeniem.Eucharystia, wg polaterańskiej koncepcji Rzeczywistej Obecności ciała i krwi Chrystusa (gdy ją traktować dosłownie), jest takim właśnie polutantem.
Jego transgresywna moc odsyła do dwóch zakazów: zakazu jedzenia ludzkiego mięsa (kanibalizm) i picia krwi (wampiryzm), a także do dzieciobójstwa i pedofagii – zjadania ciał dzieci.Łatwiej to zrozumieć, gdy przywoła się jeszcze jeden przykład – katolicki kult relikwii:
Jako szczątki ciał zmarłych stanowią one usankcjonowane przez Kościół źródło błogosławieństwa – przez widzenie, dotykanie i spożywanie (np. płynu, który się z miejsca ich przechowywania wydobywa). W innej sytuacji podobne zachowania w stosunku do ciał zmarłych są surowo zakazane. [podkr. moje – n.]Wróćmy jednak do tematu. Tokarska-Bakir (za Rubinem) pisze:
Kanibalizm nigdy nie znika ze społeczeństw ludzkich jest w nich obecny albo w formie zagrożenia, albo pogłosek i baśni o transgresjach, jakich dopuszczono się w sytuacjach najwyższej potrzeby i głodu [por. np. historię o katastrofie samolotu w Andach – n.]. Rzadko jednak zostaje on wpisany w sam trzon kultury, w jej Sanctissimum. Gdy taki wpis nastąpi, trzeba się liczyć z silnym impulsem projekcyjnym – z ustanowieniem kozłów ofiarnych, na których przeniesie się napięcia tym wpisem spowodowane.Od razu też zacytuję (z przypisu) fragment ukonkretniający te rzymskie oskarżenia, bo świetnie ilustruje strukturę i powtarzalność zjawiska przeniesienia:
Oskarżenia o dzieciobójstwo, wampiryzm i kanibalizm w kręgu kultur śródziemnomorskich należą do żelaznego repertuaru krytyki barbarzyńców (Herodot, Pauzaniasz), od renesansu wysuwano ją pod adresem ludów kolonizowanych. Zainicjowane przez Rzymian pod adresem chrześcijan, zostały następnie przez chrześcijan skierowane pod adresem Żydów, heretyków i czarownic. [podkr. moje – n.]
Rzymianie uważali chrześcijańskie agapy za nieprzyzwoite i okrutne orgie. Wierzono, że w mrokach katakumb dokonywano haniebnych praktyk, a także w to, że neofici zabijali dzieci posypane mąką, choć nie znali sensu takiej ofiary. Dopiero potem przekazywali sobie do picia ludzką krew, zbieraną w wazy, i zjadali ludzkie mięso.* * *
Wycieczkę po opasłej książce Joanny Tokarskiej-Bakir zakończę przytoczeniem jej omówienia różnic między antyjudaizmem a antysemityzmem. Mają one charakter definicyjny, nie opisowy; autorka przyznaje w przypisie (102 na s. 60), że jej poglądy na ten temat uległy modyfikacji.
Antysemityzmem w tym ujęciu będzie nie tylko zjawisko historyczne, które ukonstytuowało się pod koniec wieku XIX, ale wszelki w ogóle antyjudaizm, który dosięga realnego ciała człowieka, uchodzącego za Żyda, skutkując prześladowaniem, wygnaniem lub śmiercią. Takie sformułowanie oznacza, po pierwsze, nienową konstatację, że antyjudaizm jest warunkiem koniecznym, acz niewystarczającym, antysemityzmu. Po drugie, implikuje stwierdzenie, że możliwe są nieantysemickie postaci antyjudaizmu. W niniejszej książce nazywam je klasyfikacyjnymi, uznając, że bez tego rodzaju etykiet nie może się obejść żadna realistycznie pojmowana tożsamość. Ich odpowiednikiem w judaizmie jest frazeologia antychrześcijańska, powstająca w miarę zaostrzania się rywalizacji dwóch religii i krzepnąca w kronikach i hymnach hebrajskich okresu I i II krucjaty.Przytaczam ten fragment, bo jest dobitnym zaprzeczeniem tezy o publicystyczno-zideologizowanym charakterze książki (czy też – szerzej – samej autorki). Nie oznacza to, że nie ma ona – jest to może odpowiedź na pytanie kwika o „kurację” – pewnego programu, o charakterze nie wyłącznie poznawczym:
„Normalizując” w ten sposób antyjudaizm, opieram się na bardziej pesymistycznej, ale zarazem bardziej realistycznej koncepcji natury ludzkiej. Zakładam, że zarówno różnice, jak i ich zniwelowanie mogą dać „początek przemocy i chaosowi”, ale taksonomie budowane w oparciu o zaprzeczenie (wyobrażenia) różnicy są człowiekowi niezbędne do życia. Na utopię świata bez granic może sobie pozwolić tylko społeczeństwo o wyraźnie wytyczonych granicach, rozszerzanie zaś tej antynormatywnej utopii na resztę świata jest rodzajem etnocentryzmu. Człowiek, tym bardziej człowiek w zagrożeniu, nie potrafi obejść się bez klasyfikacji, które wykorzystuje w różnych, także niemoralnych celach.
Zło nie tkwi w klasyfikacjach. Dystynkcje są wyposażone w ambiwalentny potencjał, przejawiający się w dwuznaczności łacińskiego discriminatio. Stereotyp Innego, podstawowe źródło tożsamości grupy większościowej, może dosłownie z dnia na dzień zagrozić tym, którzy jako antygrupa pomogli go skonstruować. Pewnego dnia pod wpływem czynników, które zwykle pozostają ukryte (katastrofa, przypadkowe wzbudzenie mitu przez zbieg okoliczności lub celowe działanie „przedsiębiorców etnicznych”, najczęściej wszystko naraz), ludową gadkę o świni – żydowskiej ciotce (antyjudaizm) – zaczyna się brać dosłownie (zrównanie symboliczne) i postępować z Żydami tak, jakby naprawdę byli Judensau (antysemityzm) [por. Judensau w wiki – n.]. Następstwo tak definiowanych faz antyjudaizmu/antysemityzmu można zaobserwować w całych dziejach żydowskiej diaspory.
Takie sformułowanie problemu wyjściowego może narazić się na zarzut osłabionego krytycyzmu wobec zjawisk mogących prowadzić do pogromów, to jest manipulacji słabszą normatywnie kategorią „antyjudaizm” dla usprawiedliwienia przemocy. Zalet akcentowania ciągłości antyjudaizm-antysemityzm jest jednak więcej niż wad (których zresztą nie zamierzam bagatelizować). Najważniejszą jest odstąpienie od dotychczasowej eksterioryzacji zła. W kategoriach powojennego, wytworzonego po Holokauście sensus communis, nikt o zdrowych zmysłach nie mieni się dziś antysemitą. Zjawisko nie zniknęło, lecz – jak pokazywałam na przykładzie współczesnego polskiego dyskursu publicznego – ukryło się w dwuznacznościach. Chodzi o to, by znów stało się widzialne. Rewersem tabuizacji, pożytecznej w sensie edukacji społecznej, jest poznawcza nietykalność tabu jako rzeczy pozanormatywnej, irracjonalnej, szalonej. [podkr. moje – n.]Ale dodam, że w środowisku osób całkiem mi bliskich ideowo napotkałem na krytykę postawy JTB, zbliżoną do krytyki postawy Grossa (z pozycji całkiem jednak nie „narodowo-katolickich”), mianowcie zarzut, że ich badania/eseistyka wzmagają wagę nacjonalizmu jako kategorii dyskursu. A przez to – pośrednio – wzmagają sam (realny) nacjonalizm.
I na tym wypada wreszcie zakończyć.
0 [komentarze]:
Prześlij komentarz