zwierzenie i lektura (obowiązkowa)
Tak się złożyło. Przestałem regularnie czytać gazety, śledzić nowości książkowe, pilnować premier filmowych itd. Było to w czasach, gdy zdychały ostatnie dodatki o książkach do dzienników („Gazeta o książkach” Wyborczej, „Ex Libris” Życia Warszawy), gdy skończył się boom lat dziewięćdziesiątych tytułów spoza „warszawskiej centrali” (takich jak wrocławski „Nowy Nurt”), gdy regularny obieg opinii zredukował się do dwóch magicznych słów: patronat medialny, słowem – gdy ożywienie poprzedniej dekady osunęło się w miałkość. Która później – w sferze idei i polityki – przybrała twarz małostkowości bliźniaków, a ostatnio – nijakości hipokrytów (platformianych). A w innych sferach nadal reprodukuje dwuwładzę Bóg albo rynek (mnie zaś rynek mierzi, a Boga, jak wiadomo, nie ma).
Kiedy po jakimś czasie (i po przerwie na różne niszowe zabawy) przyłapałem się na odtwarzaniu swojego stanowiska obserwatora, zauważyłem, że niechęć do podłaczania się pod informacyjne strumienie mainstreamu – pozostała. Postanowiłem postawić na chaos, a właściwie – na przechadzki po chaosie, co oczywiście nie było żadną świadomą decyzją, i to jeszcze podejmowaną w ramach takich sformułowań. Teraz tak rekonstruuję, karmiąc wewnętrznego potwora WymądrzaniaSię (który to potwór, mimo że zapewne nieznośny dla przypadkowych świadków, ma za zadanie ;) ochronę przed przyszłym Alzheimerem; inni w tym samym celu rozwiązują krzyżówki [ja w swoim czasie preferowałem nieco trudniejsze jolki]).
To takie podejście „organicystyczne”. Polegać na strzępach informacji (i opinii) pojawiających się w najbliższym otoczeniu. Chapnąć od czasu do czasu wynik jakiejś kwerendy sieciowej, podjętej na skutek przypadkowego napotkania intrygującej frazy. By to strzeliście ;) zmetaforyzować – w miejsce księdza Browna [Chesterton] niech przewodnikiem będą ruchy Browna. Również po sieci (wybrać kilka blogów, kilka innych miejsc sieciowych, unikać portali, chrzanić popularność i poczytność, nie brać udziału w konkursach, kaprysić, no i – byłbym zapomniał ;) – rozmawiać, gdy są chętni, każdy temat dobry).
Jest jednak ryzyko – i to poważne – przeoczenia. Miałkość miałkością (bez dwóch zdań), papkoidalny mainstream i jego coraz bardziej popłuczynowe pseudodyskusje rozgrywane w formacie rytualnego sporu – to wszystko prawda, ale i w tym zakalcu trafiają się rodzynki. O których dowiaduję się wtedy, gdy się na nie nadzieję, ale każdorazowo włącza się czerwony sygnał alarmu: „a co z tymi, na które się nie nadziałem?”, „co nieodwołalnie zostało przeoczone?”.
Na szczęście wiadomo (z teorii), że nie sposób wszystkiego, jakby się człowiek nie starał.
Do kolejnego tekstu, którego przeoczenie uznałbym za poważną stratę (choć skąd bym wiedział przeoczając? ;), oczywiście też dotarłem brownowskim meandrem. To długa rozmowa z Bożeną Keff (z końca maja), autorką wspominanego (choć pośrednio) w poprzednim wpisie Utworu o Matce i Ojczyźnie (tu wersja ciurkiem). A sam Utwór miałem przez chwilę w rękach i przeglądałem. Kawał wybitnej literatury! Postaram się w nieodległej przyszłości położyć na nim łapę na dłużej i może uda się zacytować. Stay tuned ;)
——————————————————————————————————
A na razie parę starszych. Z tomiku Sen o znaczeniu snów (Przedświt 1994):
Siostra Hitlera (albo Matka Natura)
Siedzę przy stole naprzeciwko mojego brata, Adolfa Hitlera. Pokój jest mroczny, zastawiony ciężką szafą, dużym stołem, krzesłami i fotelem.
Aż duszno między nami od wrogości. Śledzimy się czujnie i z napięciem – ale staramy się niczym nie zdradzać i udajemy neutralność.
Za jego plecami wisi pluszowa portiera zasłaniająca drzwi. Okna nie ma. Na stół pada światło ze zwieszanej lampy. Widzę jego ręce na stole – zawsze te za długie rękawy od marynarki. Staram się trzymać w półmroku, odchylam się głęboko na oparcie krzesła, którego miękkie siedzenie zapada mi się pod tyłkiem; grzęzawisko – milczenie – nienawiść –
– Coraz bliżej podpływa przeczucie, że wiem, że rozumiem to, co nazywają magnetyczną tajemnicą jego siły i władzy. Ja go znam. To nie jest żadna tajemnica, jak to nazywają w gazetach – jeszcze je mam przed oczami – nie, to jest proste, tylko zapomniane, bo są radia, samochody, klozety, ale to jest ciągle to samo, co w ruchach szczęki małpoluda, który rozgryza kość drugiego małpoluda, to samo, tylko przebrane, umundurowane. DZISIEJSZE – dzisiejsze to znaczy, że znowu jesteśmy czyjąś mroczną przeszłością –
– trzeba to jakoś przeciwko niemu odwrócić, podsunąć jego własnym siłom i będzie po nim –
– tylko jak, jak to się nazywa, jak to brzmi i czy można to wypowiedzieć jednym słowem, tak jak on wypowiada te swoje jedne słowa, krótko!
Błąd. Błąd z mojej strony, że myślę o tym w jego obecności. Jest wyczulony na zagrożenia, wyłapuje je z powietrza. Wstaje, podchodzi do żelaznej kuchni, która stoi pod ścianą, i nalewa do mojego talerza gorącej, gęstej zupy. Stawia przede mną talerz, a ja słabnę ze zgrozy. Wiem, że wsypał do środka trucizny, tego czerownego proszku.
Nie mogę nie zjeść – jestem w kręgu jego władzy. Więc jem – bardzo powoli, karmię sama siebie jak niańka karmi zagapione dziecko. Wiem, że mam w sobie coraz więcej trucizny, ale nie czuję jej działania, czuję tylko tę zupę. Kiedy resztka krzepnie na talerzu, oboje uznajemy, że mam już prawo zostawić. Tak było zawsze – nie je się skrzepniętej, zimnej zupy, to szkodzi.
Przesiadam się na głęboki, skórzany fotel, poza kręgiem światła. Czekam na działanie trucizny i chociaż nie mam poczucia nieuchronności, to liczę się z tym, że mogę umrzeć. Żal mi, że już niczego mu nie zrobię, że go nie powstrzymam.
Portiera się rozchyla – to wróciła do domu nasza matka. Bez pośpiechu, ruchami, w których jest głęboka wewnętrzna równowaga, stawia na stole siatkę z zakupami, wyjmuje z nich chleb, margarynę i powidła. Niewysoka, tłustawa, z dobroduszną twarzą, siwymi włosami i głęboko osadzonymi niedużymi oczami. Ogarnia wzrokiem cały pokój. Niczego nie wyróżnia, wszystko jest dla niej jednakowo ważne. Jest w tym chroniąca oczywistość i powszedniość, od których wszystko robi się jeszcze o ton smutniejsze. Ale to daleka melancholia, uczucie zwykłego życia, blade wobec nadziei i otuchy, jaka we mnie wstąpiła w jej obecności. Zdaje się, że ona ma dla niego dużo sympatii – ale w ostatecznym rachunku nie będzie go faworyzować.
Spostrzega na stole talerz zupy, widzi, że siedzę w półmroku, i zwraca się do niego z rzeczowym zarzutem w głosie: – Dlaczego dałeś jej tej zupy? Przecież wiesz, że ona tego NIE LUBI.
– NIE LUBI – to o mnie, konkretnie o mnie; te słowa działają jak odtrutka. Trucizna już nie ma mocy. Nie umrę –
On robi jakiś ruch brwiami, ale nie pozwoli sobie – nie wobec niej.
Jestem jej wdzięczna. Do tej najgłębszej wdzięczności tak boleśnie jest przyrośnięty smutek i dystans –
Nigdy nie była mi bliska. Nigdy.
Bibliotekarka
Jestem w wypożyczalni książek w małym miasteczku. Tłusta bibliotekarka podnosi oko i ogląda mnie spojrzeniem, które w ogóle nie wychodzi na zewnątrz. Chroni dorobek. Oko, twarz, okulary: Co – ja? Ja nawet nie jestem stąd.
Podaje mi, choć jeszcze o nic nie prosiłam, księgę oprawioną w płótno. Patrzy na mnie z obojętnym błogosławieństwem, kiedy ją otwieram: w środku, równo przycięty do okładek, leży kawał białej słoniny.
Z tomiku Nie jest gotowy (Open 2000):
Drugi domowy wiersz
Dobra, tylko już nie pisz, już przestań
stawiać te zakręcone introwertyczne litery
co tak skrybiesz i drapiesz, uchodząc na tych
ciasno pozapełnianych dziesiątkach stron, tam
gdzie nie ma żadnej kontroli
ani nawet marnej reprezentacji, zdaje się, odpływając
cholera wie gdzie, gdzie cholera wie
jakie jest moje miejsce; już nie pisz
już ja popiszę.
9 [komentarze]:
blogi jako zrodlo informacji? prawde mowiac nie uwazam tego za lepszy pomysl (inny - tak) niz np poleganie na www.onet.pl .
blog to- najczesciej- monolog, narcystyczny egotrip w html.
znacznie lepsze(efektywne?) sa chyba listy dyskusyjne, ale one, jak mi sie wydaje, sa na wymarciu. w zasadzie mi zostaly dwie do lurkowania, ale te od lat trzymaja poziom.
Cyncynat, po prawdzie, to niezbyt interesują mnie informacje, przynajmniej w wydaniu takiej sieczki informacyjnej jak w onecie (czy TVN24, jeden pies), to są w większości rzeczy kompletnie nieważne, które jutro stracą 90% znaczenia, a pojutrze – 100. Na to nakłada się zaściankowość i inne przypadłości polskich mediów (polecam na ten temat tekst na Planecie Terra).
Bardziej iteresuje mnie wiedza, a właściwie pracujące za jej kulisami hidee (ten przypadkowy neologizm, który można też zdeszyfrować jako hidden ideas, okazuje się całkiem pomocny ;). I tu moje przechadzki po chaosie są całkiem przydatne: dostarczają mianowicie selekcji, filtrów. I to nawet nie do przesiewania sieczki, a do przesiewania interpretacji nad-sieczkowych.
Gdy idzie o narcystyczny egotrip, tak, oczywiście. Ale, gdy rozmawiam z ludźmi IRL, mam na myśli rozmowy o poziomie intensywności zbliżonym do rozmówek-sieciowych (gdy nie wpadają w paplaninę, gdy są na serio), to nie odczuwam potrzeby, by – patrząc komuś w oczy – włączać miernik poziomu narcyzmu tego ktosia.
A ideał, pełne skromności i pokory milczenie, po jakimś czasie pracuje jedynie na pogłębienie deprywacji sensorycznej (słuchaczy milczenia) :0)
Nameste, przepraszam zatem za poufałośc, ale odnajduję w Tobie Bliskiego w Chaosie. Mogłabym wszystko, co napisałeś o obecnym sposobie włożyć w moje usta i nie poczułabym ani nutki fałszu. O tym, co przeoczyłam, staram się nie myśleć - tu pracoholizm zawodowy ułatwia ucieczkę. A takie efekty polowań bardzo lubię, choć mam czasy lepsze i gorsze. Tylko mój demon ma nieco inaczej na imię (zapewne jest to skutek patriarchalnych przesądów kulturowych, odbierającym kobietom, o ile na to pozwolą, odwagę do bezceremonialnego, egoistycznego, swobodnego wymądrzania się... ): GłódWiedzy.
Bardzo spodobała mi się Twoja interpretacja, niech żyje zatem wymądrzanie się, a precz ze sklerozą:)
pozdrawiam
kabiria, no popatrz (Siostro w Chaosie :), a tu wierszyk Keff (ten Drugi domowy wiersz) akurat jak znalazł.
Bo to mówi kobieta do mężczyzny okupującego komputer, albo inny niepodzielny mebel do pisania, mówi do osoby, ale (czytajmy uważnie: kontrola..., reprezentacja...) w istocie mówi do patriarchatu (który skrybie zakręcone introwertyczne litery), mówi grzecznie, choć z niejakim zniecierpliwieniem, można się domyślać bez straty znaczenia, że może nawet mówi z pewną czułością, ale – mówi już nie pisz / już ja popiszę.
Po czym mija czasu mało-wiele i – pisze. Np. Utwór.
Bym więc zachęcał, ośmielony zbieżnością (dziękju), do wymądrzania się, raźniej się wymądrzać, gdy nie jest się samej/samemu. Mnie (wybacz to zwierzenie) czasem głos więźnie, wystraszony pogłosem pustej sali, podtrzymałaś mnie na duchu :)
Nameste, a może pusta sala, do której raz ten, raz tamten zajrzy, to błogosławieństwo? Myślę o blogach dostających 250 komentarzy, wśród nich 100 długich, z tych 70 wyglądających na mądrych, jak temu tłumowi powiedzieć: przepraszam, idę wyczyścić zęby czy wychodzę do pracy?
andsol,
gdzie widziales bloga z notkami pod ktorymi sa po 70 komentarzy "wygladajacych na madre"?
cyncynacie,
ja widzialem. kiedys. w balonie24 ;)
@Cyncynat: ukłony i prośba o wyrozumiałość przy zestawieniu dat Twojego pytania (17) i mojej odpowiedzi (21). To był stan bezinternetowy. Bardzo fajny. Tylko dwa razy wieczorkiem pozwolili w hotelu wejść do Sieci na 5 minut, kliknąć na gotowce w Bloxie "publikuj" i znowu zapomnieć, że są na świecie internety i blogi...
Ok, w międzyczasie Camoes odpowiedział. Tak, ten sam Salon24, który ma największe na świecie stężenie jadu na cm^3 x sek, miewa rozmowy tak wysoko latające, technicznie wyrafinowane i podszyte tytułami, że czasami sobie obiecuję: jeśli istnieje nieśmiertelność a w niej bezludna wyspa, to może wezmę sobie na nią wydruk z dwóch czy trzech dyskusji i prawie wszystko uważnie przeczytam. A póki co to podziwiam z oddali.
andsol, ja nic takiego nie widzialem. owszem, fizycy czasem ze soba tam dyskutowali, ale nie znam sie na fizyce.
camoes odpowiedzial, a ja nawet zajrzalem raz jeszcze na tamten smietnik. jest gorzej niz bylo.
Prześlij komentarz