Zwiedzanie sieci: potpourri
[z dwoma dopiskami]
szerzej niż imperia i wolniej
Lubię Ursulę K. Le Guin, bo sporo wie, umie pisać i ma świetne pomysły (choćby kemmer z Lewej ręki ciemności, a właściwie cykl kemmer-somer i antropologia na nim zbudowana – jeśli ktoś nie wie, a chce się dowiedzieć, oto początek szukania). Ta fraza wyżej jest (polskim) tytułem jednego z tomów prozy Le Guin, a przywołałem ją po to, byście sobie wyobrazili rozległą a niespieszną, milczącą ale świadomą, inteligentną obecność. Nie, nie chodzi o panaboga. Znalazłem otóż bloga, który znalazł mnie (i dzięki temu znalazłem go, już po tym, jak znalazł mnie [*]), bloga, co się sam przedstawia jako małomówny i ma rację: nie jest
Lubię do niego zaglądać i bez niecierpliwości sprawdzać, czy powiedział coś nowego, czy też trwa jeszcze w kontemplacji swojej ostatniej, znanej mi już fazy. [dopisane 21 czerwca, rano] O, właśnie wczoraj coś nowego powiedział; myślicie, że to przypadek? Tak czy inaczej, za parę dni ten krótki moment synchro przejdzie ze sfery znaków w sferę faktów ;). I tak ma być.
Czy mogłem powiedzieć to samo węziej, na przykład bez powoływania się na Le Guin? Mogłem, ale jestem dziś w nastroju postmodernistycznym. Bywa.
kupa
Bardzo ciekawy i bardzo bogato ilustrowany blogonot o kupie. Kto by pomyślał, myślę, ale zaraz łapię się na niestosowności tej myśli. No przecież: nie jest obce. Czemu zmieniłem rodzaj gramatyczny blogonoty? Taki nastrój.
urodziny
Wczoraj (podobno) były urodziny Bliźnięctwa, dowiedziałem się o tym wskakując kompletnie znienacka [mnie samego to również zaskoczyło!] na jedno z kilku miejsc w polskiej sieci, na których rozwijają swe talenty młodzi z Forum Młodych PiS-u. W Koszalinie prowadzą zbiorowego bloga i tam właśnie zauważyłem dziwny, przekrzywiony tort dla Kaczyńskich (z wyrazami), który na pierwszy rzut oka skojarzył mi się z pastelową czapką błazeńską, co dziwnie współgrało z ksywą autora tych życzeń [PijanyKrasnolud], na szczęście oko rzuciło się jeszcze raz.
Ale to nie jest żaden news. News polega na tym, że tort jest dziełem Vincenta Olinet [bez tytułu (wielki tort), 2003, poliester, cukier, dekoracja do ciast, gips, 120x120x110 cm], zwróćcie uwagę na składniki i wymiary, opis zaś zaczerpnąłem z blogu flâneriaa, skąd młodzi PiS-owcy rąbnęli to zdjęcie.
Kaczyńscy, smacznego!
————————————
[*] chyba że było odwrotnie
————————————————————————————————
[dopisane 20 czerwca w południe]
W nieistniejącym już komentarzu Cyncynat trochę ponapadał na tekst blogonota o kupie (co później uznał za przesadne, zob. komentarze poniżej), po czym (stwierdzając „mam coś lepszego”) zacytował następujący fragment prozy:
He kicked open the crazy door of the jakes. Better be careful not to get these trousers dirty for the funeral. He went in, bowing his head under the low lintel. Leaving the door ajar, amid the stench of mouldy limewash and stale cobwebs he undid his braces. Before sitting down he peered through a chink up at the nextdoor windows. The king was in his countinghouse. Nobody.W przekładzie Słomczyńskiego brzmi to tak:
[ciąg dalszy na stronie 118, do słów:]
He glanced back through what he had read and, while feeling his water flow quietly, he envied kindly Mr Beaufoy who had written it and received payment of three pounds, thirteen and six.
Nogą otworzył wypaczone drzwi wychodka. Lepiej uważać, żeby nie zabrudzić tych spodni przed pogrzebem. Wszedł, pochylając głowę pod niską listwą. Nie domykając drzwi, odpiął szelki pośród zaduchu spleśniałego wapna i stęchłych pajęczyn. Zanim usiadł, zerknął przez szparę w okno sąsiadów. Król był w swoim skarbczyku, chłopczyku, Nikogo. [...]W związku z powyższym popełniłem (już nieistniejący) komentarz, w którym stało:
Cyncynat, zali nie dowiemy się [...]Na ewentualne pytania, co ja tu (w tym dopisku) właściwie wyprawiam, odpowiem, że robię recycling i ćwiczę intertekstualność, bo mi od wczoraj nie przeszedł postmodernistyczny nastrój. Poza tym, jest upał.
Mnie zastanowiło zdanie (biorę przykład z [...]) napisane między reprodukcjami Nordruma (przy których ciśnie się bezwiednie słowo „hieratyczny”) – Nie sposób nie dostrzec wywrotowego (preedypalnego) piękna tych scen, w „naturze” (sceny zawsze w plenerze), jakby odwracających znaczenia i schodzących głęboko w podświadomość lub w początki arbitralnej kodyfikacji naszej kultury..., bo wahałbym się przed użyciem określenia „arbitralna”. To (może) nieunikniona konsekwencja osiadłości (kultur rolniczych), że człowiek przeniósł odchody w miejsce kotwiczenia się profanum, całkiem inaczej niż w świecie zwierząt (i myśliwych), zawsze pełnego życiowo istotnego zainteresowania kupą i sikiem.
Nie wiem natomiast, czemu uważasz fragment (skądinąd rzeczywiście dobrze napisanej prozy; Joyce jest Joycem jest Joycem :) za „coś lepszego” od zgromadzonych przez A.A. wizerunków. Ot, zwykła wychodkowa scena, solo. (Majaczy mi w pamięci fraza z Rimbauda: „płowy smród wychodka”; usłużny zwykle internet tym razem nie pomaga; u Słomczyńskiego the jakes przeszedł oczywiście w wychodek; to stąd ów leksykalny trop).
Ciekawsze moga być społeczne i mitotwórcze funkcje wychodka, pójście za (anty)tropem milczących (?) kobiet Nordruma, oddających się defekacji (podoba mi się dyskretny sposób zaznaczenia dystansu, osiągany w omawianym blogonocie przez autorkę dzięki użyciu tego dystyngowanego słowa). W jednej z sag normandzkich, woj spotyka w latrynie już nieżyjącego przyjaciela, w którego wcielił się krwiożerczy duch. Kucają zrazu oddzieleni znaczną przestrzenią, ale duch (kłapiący nadnaturalnie wielką paszczą) co i raz przesuwa się bliżej. Na szczęście w kulminacyjnym momencie wojowi, unieruchomionemu przez pozycję i czynność, udaje się sprytnie zawiadomić biesiadujących (jest Jul) towarzyszy, ktoś wpada w szał berserka; sprawa załatwia się, niebezpieczeństwo zażegnane. Podobnie uwikłane w „społeczny wymiar wychodka” są zbiorowe sceny latryniane w Szwejku.
Ale nie wypada nie przywołać chińskiego porzekadła o obrazie i tysiącu słów. Bezpośrednia naoczność kupy jest jednak w naszej kulturze stabuizowana, a przełamujący to nieco blogonot – mimo zastrzeżeń ciekawy.
[pomijam nawiązania do nieistniejącego komentarza Cyncynata, dotyczące krytyki blogonoty Agaty Araszkiewicz]
17 [komentarze]:
Cyncynat, to nie było fajne, napracowałem się z komentarzem-odpowiedzią, a tu w chwilę po wklejeniu widzę, żeś ciachnął. Ech ;)
o, sorry, nie wiedzialem, ze juz odpowiadasz. pomyslalem, ze troche zejsc z iloscia negatywnych review. a pozytywnego mialem do pokazania tylko tamten cytat z J. bardzo fajny, swoja droga
czy ja wykasowalem *po* odpowiedzi? bo niczego nowego nie widzialem podczas kasowania
Przyłapałeś mnie na nieostrożności (czytam Twój komentarz, włączam okienko komentowania, wypełniam je swoim [co trwa] komentarzem-odpowiedzią, naciskam publikuj i – co widzę? zamiast Twojego komenta szarozłowieszcze [w duchu J. ;)] info, żeś usunął). Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że b. rzadko jak dotąd autorzy komentarzy je kasowali, więc nie sprawdzałem przed naciśnięciem publikuj, czy aby nie zniknął powód mojej odpowiedzi. Prawdę mówiąc, wolałbym nadal nie sprawdzać.
sorry, myslalem, ze jeszcze Polska spi; wcale nie chcialem nikogo przylapywac. mogles zreszta zostawic swoja odpowiedz
Odpowiedź bez powodu odpowiedzi wyglądałaby łyso. (Ciekaw jestem, czy zdążyłeś przeczytać.)
no przeciez napisalem, ze nie widzialem niczego
No tak, słusznie. Upał jest, lato tupie.
no widzisz, wlasnie takich klotni mam juz nieco dosc. "co ja widze w J.?" a czego niby nie ma w obrazach?
co nie tak z obrazami - na to pytanie nie odpowiem, obiecalem sobie, ze nastepny flejm poczena conajmniej 2 tygodnie.
co do J.:
np nie wiem czy nie zauwazyles jak doskonale Joyce opisuje czas? cala scena to przeplatanie kilku warstwo-obrazow: bloom w jednym zdaniu i defekuje i czyta kolumne za kolumne i o czyms mysli, ze zmienna predkoscia, ktora steruje potrzeby jego organizmu. zgodnosc uczuc Blooma, obrazow z glowy Blooma i jego akcji jest niezwykla, czasem z dokladnoscia do ulamkow sekund.
ja to wlasnie lubie. mozna sobie porownac z toporna trywialnoscia marqueza (przywolanego w poprzednim flejmie).
Cyncynat, nie skłonisz mnie do napdanięcia na Joyce'a, bo bardzo wysoko go sobie cenię. (Chociaż nie odczuwam potrzeby, by wysoką ocenę J. podbudowywać poniżaniem Marqueza – z Twoją oceną się nie zgadzam, ale na tym teraz poprzestanę.)
Czego brakuje? Ano, jakby nie był sprawnie zmontowany bloomo-film, daje nam kolejny ułamek Blooma, ale mało – „naoczności kupy”; por. porzekadło chińskie. Słowem, zestawiasz apples & oranges; przepełnia Cię Duch Taksonomii i Rywalizacji :), czy jak? (Możemy to uznać za pytanie retoryczne.)
masz racje - jesli Cie interesowala doslownie kupa, to u J. jej nie bylo.
a napasc na J.? Alez zrobiles to bez mojej pomocy. Zwyczajna scena- tak chyba napisales. W niezwyczajnej scenie bylaby zawarta historia Kolumbii, pewnie.
rrrany, Cyncynat —
OK, jest na to za gorąco. Miłego dnia (czy może nocy).
Chcialoby sie powiedziec, ze niezla jatka tu byla, z odpowiedniejszym slowem (kontekst) mam trudnosc, a jatka niezbyt pasuje. Szkoda, ze komentarze spadly.
Co do kupy, to mnie sie wpis pani A. raczej spodobal, i ilustracje tez.
barista
barista, kawałki (niemałe) spadniętych komentarzy wróciły dopiskiem. Co do kupy, trudno ukryć, że istnieje pewne zapotrzebowanie, oto przykład: I zamarzyła mi się książka: literackie opowieści o kupie. [mówi to poetka i felietonistka, tutaj]
Dzięki za dobre słowo i onieśmielające porównania!) Jeśli ten blog miałby nawet stać się archipelagiem, to raczej drobin
i odprysków. Powolność wpisuje się chyba w jego naturę - nierzadko wbrew mojej woli - ale może rzeczywiście wypada to na korzyść. Pozdrowienia sz.:,
Prześlij komentarz