2008-03-17

Zwiedzanie świata


I kiedy wszyscy zainteresowani (zielonego pojęcia nie mam, ilu ich jest poza mną; ostatnio im bardziej przybywa mi czytelników, tym bardziej ubywa rozmówców) sądzą, że to koniec, temat poszedł się pasać na niezlokalizowanych bliżej pastwiskach, pojawia się camoes, polemicznie, ale refleksyjnie, zastanawiając się nad korzenia zapuszczaniem. Przychodzi taki czas, że nawet nieustanny emigrant (czy, wg określenia MEP, expat) osiada na dobre. Nie jest źle, jeśli z wyboru (takiego jak opisany przez Kamilę), albo z przypadku, który zostaje zaakceptowany bez poczucia zawodu.

Za mojego dzieciństwa jednym z symboli Miejsca Magicznego (w którym mleko-miód, cygara i kobiety) była Kanada. Nie wiem czemu; dziś podejrzewalibyśmy, że tęsknoty kierowano raczej w stronę Stanów. Kanaaada, bracie, mówili starsi z rozmarzeniem, odrywając wzrok od codziennej pluchy-komuchy, koniecznie z przeciągłym aaa w nazwie. Co godne odnotowania, Kanada była też stałym punktem odniesienia USAńczyków, choćby tych, którzy na przełomie lat 60 i 70-tych palili karty powołania. Na mnie (i camoesa) podobnie magicznie działa Nowa Zelandia. Ale może warto uogólnić ten rodzaj tęsknoty:
Wielu ludzi wierzy, że istnieje na układzie współrzędnych świata punkt doskonały, gdzie czas i miejsce dochodzą do porozumienia. Może to nawet dlatego wyruszają z domu, sądzą, że poruszając się choćby chaotycznie, zwiększą prawdopodobieństwo trafienia do takiego punktu. Znaleźć się w odpowiednim momencie i odpowiednim miejscu, wykorzystać okazję, chwycić chwilę za grzywkę, wtedy szyfr zamka zostanie złamany, kombinacja cyfr do wygranej – odkryta, prawda – odsłonięta. Nie przegapić, surfować po przypadku, zbiegu okoliczności, zrządzeniach losu. Nic nie potrzeba – wystarczy się tylko stawić, zameldować w tej jedynej konfiguracji czasu i miejsca. Można tam spotkać wielką miłość, szczęście, wygraną w toto-lotka albo wyjaśnienie tajemnicy, nad którą wszyscy biedzą się daremnie od lat, lub śmierć. Czasami rano ma się nawet wrażenie, że ten moment jest już blisko, może przydarzy się już dzisiaj.
[Olga Tokarczuk, Bieguni]

10 [komentarze]:

Anonimowy

Otóż: melduję się.

Bo nie mogę wytrzymać, tyle przecięć w jednym.
1. Na Biegunów czekam. Olga Tokarczuk cieszy się moim uwielbieniem, choć ja dopiero odkrywam. (A co za osoba! Mogę jej słuchać bez końca, co w kontekście czytania dobrze brzmi:-).
2. O Nowej Zelandii też marzę (ale bardziej na podstawie obrazów z "Władcy pierścieni", chociaż to jakby od zawsze).
3. O emigracji - już kiedy dyskutowaliście o Kiwi (i kotach, co ważne) musiałam sobie związać ręce, żeby nie móc pisać.

Jedno powiem - już nie tam, jeszcze nie tu.

Anonimowy

Aha, to pisałam ja, Lejda (nie mogłam to lepszego nicka sobie wybrać?)

nameste

lejda, Nowa Zelandia w wersji Władcopierścieniowej wydała mi się trochę... zbyt wagnerowska, no i brakuje wizualnych aluzji do wilgoci (a może się czepiam? ;)

Żałuję, że wiązałaś sobie ręce (zwłaszcza że explicite wyrażałem zainteresowanie).

Widzę jednak, że jesteś rybą, na którą trzeba przynęty wielosmakowej ;). Spróbujemy pohaczyć Cię na Olgę T., którą też lubię i cenię (więc będzie wracać). Zaciekawiłaś mnie natomiast tym "mogę jej słuchać bez końca", mówisz o jakichś spotkaniach na żywo, czy o mediach?

Anonimowy

Przynętą jest czas :-)

Na żywo. Rzadko zdarza się (przynajmniej mnie), ze tak potrafię się wsłuchać i właściwie identyfikować z poszukiwaniem, oglądem, i aż żałować, że... żałować wszystkiego i jednocześnie cieszyć się.

No fakt, z ta N.Z. to takie bardziej bez wilgoci.

Podróż, wędrowanie, ruch.
Eliade pisał o dworcach, lotniskach, jako o bramie do Innego Świata/ Czasu (poetyckie przetworzenie moje, na miarę pamięci).

Dobranoc

lejda

kabiria

nameste, krótko dziś: pozdrawiam, mam podobny sentyment do N Z, taki od lat (a przynajmniej od czasu filmu Fortepian) i marzę, by kiedyś tam pojechać:)
Olgę Tokarczuk kocham czytać, a Bieguni to ostatnio moja książka pierwszego kontaktu, wciąż mi w gowie pobrzmiewa! i tyle wpisu, trochę bez sensu, ale poruszyłeś struny więc dałam głos;)

nameste

kabiria, o, Fortepian, tam nie ma żadnych wątpliwości, że NZ jest miejscem bardzo wilgotnym ;)

Podoba mi się określenie książka pierwszego kontaktu, znaczeniowo pobrzmiewa w nim uniwersalność odpowiedzi na potrzebę (Bieguni przetrwali u Ciebie od poprzednich świąt [a tak, zauważyłem], kawałek czasu już).

W sprawie bez-sensu mam inne zdanie :)

kabiria

za to "zauważyłem" - szeroki uśmiech przesyłam, miłe to, miło mi:) a co do Biegunów, wciąż dojrzewa we mnie wizja recenzji blogowej, bo to książka zbyt fundamentalna dla mnie, by ją szybkim wpisem zbyć, zbyt mnie dotyka i dotyczy, na zbyt wielu płaszczyznach mnie.

nameste

kabiria, też nie wykluczam, że może mi się zdarzyć potrzeba napisania czegoś o tej książce (ale nieprędko, a może wcale :)

Tak czy inaczej, ci co znają Józefa [na pewno wiesz, co mam na myśli] jakoś się odnajdują, nespa.

kabiria

Nameste, czyż nie? - pytasz. A ja nie mogę potwierdzić żadnym 'bien sur', bo nie rozwiązałam zagadki wcale a wcale. Pewnie zbiło mnie z pantałyku, że na pewno... Przeszukałam już wszystkie skojarzenia i znane mi gry słów i nic. Jakiego Józefa? :) zlituj się;) no i w ogóle pozdrawiam, o ile zajrzysz do starego wpisu i komentarzy;)

nameste

kabiria, jasne, że zajrzę, jestem czujnyjakważka ;).

Zagadka jest dość przejrzystą aluzją do pewnej postaci marynarskiej, a dalej idąc, do źródeł, lądujemy w świecie pewnej kanadyjskiej pastorowej dwojga imion :), która, owszem, dość lubiła sceny dziejące się w latarni morskiej itp.