2008-03-18

Zoom na skamieliny


Formacje skalne w życiu człowieka mogą być nieprzyjemne. Na różne sposoby.
I nie chodzi mi o to, żeby zjawisko wartościować wedle stopnia dolegliwości (piasek trzeszczy w zębach; kamykiem w głowę; płynny bazalt w wyjście z jaskini, niech stygnie), Raczej o to, by dostrzec jedność mimo różnych form skamieliny.

Trzeszczy, to wypluj

Socjopatyczna malkontentka jest zirytowana tym, że artykuł dotyczący pani Kulczyk i jakichś tam przekrętów lokalnych gazeta tytułuje Sąd z Kulczykiem w tle, jakby bez męża kobieta nie istniała jako odrębny podmiot. Uogólnia powody irytacji tak:
Jednakże tu nie o męża chodzi, in personam oraz in extenso, ale o zależność gramatyczną, o sposób myślenia, o codzienną zwykłą praktykę, bycia dodatkiem. Bez względu na to, co się samej osiągnęło. Kiedyś napisałam, że będę zadowolona wtedy, gdy normalnym stanie się zdanie: „moja mama ma Nobla z fizyki, a mój tata pracuje w przedszkolu”. Gdy to zdanie nie będzie powodowało zdziwienia, zaskoczenia. Gdy będzie jednym z wielu możliwych zdań. Tak samo zwykłym, jak każde inne.
Dyskusji na ponad 50 głosów nie umiem streścić inaczej, niż jak w powyższym śródtytule („eee, zdaje ci się”, trzeszczy piasek? wypluj).

Kamykiem? Z takiej odległości?

W przywołanej wyżej dyskusji pada głos z Nowego Jorku:
A ja już myślałam, że jestem tak postfeministyczna, że mnie nie ruszają takie rzeczy – a tu patrzę: nagłówek na gazeta.pl. [...] Gubernator [Nowego Jorku, Elliot Spitzer], człowiek o reputacji niezłomnego, purytańskiego wojownika przeciw przestępczosci [...] dał się jak idiota, niemalże z opuszczonymi spodniami [przyłapać] na korzystaniu z usług luksusowej call girl [...]. W NYT artykul o tej sprawie zatytułowany był Elliot Spitzer Involved in a Prostitution Ring [...] OK, mocne, dosadne, nie do końca fair. Ale dużo ciekawsze jest, jak relację o sprawie tytułuje Gazeta [Wyborcza]: Piękna prostytutka pogrążyła gwiazdę Demokratów, głosił nagłówek na „jedynce”. [...] Ani słowa o tym, że gubernator jest dorosły i jest idiotą, [...] jest obrzydliwym hipokrytą, który innych pouczał i poszturchiwał [...]. Dla dziennikarzy GW to ona [call girl] jest winna całej historii. [...] Nóż się w kieszeni otwiera, i to nawet takim zaprzysięgłym postfeministkom jak ja. [pogrubienia moje – n.]
No właśnie, jakby łatwiej być postfeministką w Nowym Jorku, na nieszczęście w szczęściu ;) internet globalizuje i można dostać kamykiem w głowę nawet za oceanem.

Jak dotąd pozostajemy na poziomie podskórnego działania języka (może lepiej: tużpodziemnego, by pozostać w skalnej poetyce), fałszującego rzeczywistość, przydającego interpretację. Czy takie zjawisko „dzieje się samo”, siłą pewnej inercji kulturowej, czy może tu i ówdzie, z takich czy innych powodów, nie bywa podgrzewane? Proponuję pominąć ileś tam etapów i zrobić maksymalny zoom out.

Geologia

To, że merytoryczny tekst o powodach niemożności zaistnienia w Polsce „Kobiecego Podmiotu Politycznego” spotyka się w psychiatryku24 z garstką debilnych w większości komentarzy, niespecjalnie mnie dziwi. Antygenius loci. Ale jest to jedno z miejsc, w których trwa ofensywa prawicowego konserwatyzmu i agresywnego tradycjonalizmu, miejsce symptomatyczne, gdzie piaskiem w zębach można się udławić, a kamienie latają gęsto. Propozycję poznawczą perspektywicznego, szerokiego oglądu daje Agnieszka Graff (cytuję fragment):
Polska prawica nie ma monopolu na zjawisko „upłciowienia narodu”. W różnych zakątkach świata nacjonalizmy i przekonania na temat natury płci nakładają się na siebie i zazębiają w podobny sposób. Wyobrażenia i fantazje o narodzie – obecne w zbiorowych rytuałach, w literaturze, w sztuce, w kulturze popularnej – nasycone są wyobrażeniami o kobiecości i męskości.

Polska specyfika polega na tym, że strażnikiem zbiorowej tożsamości i monopolistą w dziedzinie wartości narodowych stał się Kościół katolicki, a narodowa prawica posługuje się językiem kościelnym. Nie jest to jednak po prostu władza Kościoła nad narodową tożsamością – to raczej instrumentalizacja religii przez odradzający się agresywny nacjonalizm. Są katolicy – podejrzewam nawet, że stanowią oni w Polsce większość – którym to się nie podoba; istnieją też formy religijności, które się logice unarodowienia wiary wymykają. Problemem nie jest zatem konserwatywny katolicyzm społeczeństwa, lecz uległość państwa wobec promowanej przez konserwatywne skrzydło Kościoła wizji wspólnoty.

Do sprzężenia między nacjonalizmem a zamachem na wolność w sferze płci i seksualności dochodziło w rozmaitych kontekstach: w RPA i w Singapurze, w Turcji i w Irlandii. Scenariusz jest przewidywalny. Równolegle z kryzysem politycznym pojawia się w debacie publicznej niepokój nazywany przez niektórych „kryzysem męskości” lub „kryzysem rodziny”. Jego przyczyn zawsze szuka się na zewnątrz. Odrodzenie narodu okazuje się równoznaczne z powrotem do „tradycyjnych wartości” w sferze płci i seksualności. Seksualni odmieńcy, dotąd ignorowani, są przedstawiani jako wrogowie narodu, obca naleciałość, którą należy zwalczyć, zmarginalizować, aby znów nastał ład moralny.

Rumieńców nabierają kobiece symbole narodu, wywyższa się Kobietę – mit, alegorię. W zbiorowej wyobraźni dziewice bronią swej cnoty przed zakusami wroga i oddają się dzielnym bohaterom, gdy ci wracają z boju; matki poświęcają dla ojczyzny synów; żony czuwają nad domowym ogniskiem, dbając o ciągłość zagrożonej wspólnoty. Kobiety realne, zwłaszcza te, które domagają się jakichś praw, zostają wypchnięte poza margines wspólnoty.

W sytuacji zagrożenia, kryzysu lub wojny kobiety stają się zakładniczkami swoich społeczności, a ekspertami od tożsamości narodowej, szanowanymi przez wszystkich reprezentantami wspólnoty okazują się zaciekli konserwatyści. Dlatego, paradoksalnie, w interesie wszelkich fundamentalistów jest budowanie napięcia, podsycanie w swych społecznościach poczucia zagrożenia. [pogrubienia moje – n.]
A morał? Jeden: trzeba czytać.

19 [komentarze]:

Anonimowy

Nameste, ciebie BRAKUJE tam.
http://mamakatarzyna.salon2
(choc wiem, jak trudno jest dyskutowac z czyms takim).
Probowalam to delikatnie (jak to ja, walac slowami) ci przekazac.

Piszesz tak madrze i trafnie, subtelnie i ostro (myslisz, ze to przeciwienstwo? otoz nie), ze trudno cos dodac :-). Stad liczba czytelnikow moze wzrastac, ale liczba komentujacych bedzie spadac, oniesmielonych, ze sie posluze zapadlym mi w pamiec zwrotem ktoregos komentatora.

Ja sobie skopiowalam twoj post (wielki:-), z wszelkimi cytatami i linkami, i bede bezczelnie wykorzystywac (z podawaniem zrodla i szacunku), ale nadal bedziemy siedziec w wielkiej beczce wzajemnego zrozumienia.

Anonimowy

Podpis (znow zapomnialam): Lejda

nameste

lejda, w związku z opinią – miło mi, ale przesadzasz, dobrze to pisze Graff, a ja tylko zachęcam do lektury.

Gdy idzie o s24, jeszcze się przyglądam (tyle, oględnie, powiem).

kwik

Widzę tylko jedno dobre rozwiązanie, bardzo radykalne. Usunąć jakąkolwiek dyskryminację płci pełnoletnich osób. Niech każdy będzie kim chce i jak chce. I to wcale nie jest sprowadzenie sprawy do absurdu ani kpina, bo sensownych powodów uzasadniających dyskryminację płci jest naprawdę coraz mniej.

Dlaczego np. cherlawy facecik ma dźwigać 50 kg worek cementu, a dwa razy większa od niego baba tylko 30 kg? Dlaczego kobiety, choć żyją wyraźnie dłużej, mają mieć wcześniejsze emerytury? Przykłady można mnożyć, ale mi się nie chce.

Proponowane przez mnie rozwiązanie automatycznie rozwiązuje wszystkie prawdziwe i wydumane problemy związane z trans- i homoseksualizmem. Jest tak dobre, że na pewno już dawno ktoś je wymyślił. Ale teraz nie mam czasu szukać bo praca wzywa.

nameste

kwiku, piszesz tak, jakby dyskryminacja była wynikiem podjęcia (przez kogo?) pewnej świadomej decyzji. Sugeruję, byś wrzucił słowo w googla i poczytał pierwsze wyniki szukania (albo, zastępczo, przemyślał sprawę na przykładzie Czarnych w Stanach, niech się raz a-u-nich-Murzyni-bici przydadzą ;).

Zarys argumentacji "zrównującej" brzmi, niestety, "korwinistycznie". Jakby powiedział Quasi, słomiany lud ;)

kwik

Jeśli mam brodawkę na nosie, to nie mogę jej usunąć, bo mam ją bez podejmowania decyzji o jej posiadaniu? Doprawdy dziwnego argumentu użyłeś.

Dyskryminacja wyrasta naturalnie z naszej biologii i kultury, ale widzę coraz mniej powodów do jej utrzymywania. Ręczne pranie wykończyłoby każdego faceta, ale mamy już pralki, więc czemu akurat kobieta ma prać? Nadal tylko kobiety mogą rodzić i karmić piersią, więc trzeba zrobić absolutnie wszystko, żeby macierzyństwo się raczej opłacało, niż spychało kobietę na gorszą pozycję. Ale poza tym - pełne równouprawnienie, takie żeby rozróżnianie płci przestało być potrzebne.

Problemy trzeba rozwiązywać u źródeł, a nie przez tworzenie innych problemów i kretyńskich urzędów. Nie zastanawiałem się zbyt głęboko jakie są źródła upośledzenia polskich kobiet, ale "deterytorializacja chłoporobotników" raczej nim nie jest.

Wydaje mi się natomiast, że dyskryminacja wiekowa ma duży związek ze sprawą. Przecież wszędzie chcą zatrudniać jak najmłodszych, z jak największym doświadczeniem zawodowym. Z punktu widzenia kariery zawodowej potrójne macierzyństwo to już niemal katastrofa - tak być nie może! Przecież nawet na studentki w ciąży się krzywo patrzy, "zaszła w ciążę, zamiast się uczyć".

nameste

kwik, piszesz: Dyskryminacja wyrasta naturalnie z naszej biologii i kultury, ale widzę coraz mniej powodów do jej utrzymywania, na takim sformułowaniu ja się potykam i leżę (i kwiczę ;). Utrzymywanie – jako co, jako decyzja, którą ktoś (kto?) może podjąć i od teraz ogłosić "powody utrzymywania wyczerpały się, od dziś nie utrzymujemy"?

Może idzie Ci o fakt, że wraz z technologizacją niegdysiejsza przewaga (średnia) męskiej osobniczej siły fizycznej straciła na znaczeniu? I tak nie miała specjalnego znaczenia, poza średnim wynikiem bezpośredniej konfrontacji rozgrywającej się na płaszczyźnie przemocy.

Znaczy, nie bardzo rozumiem Twoją tezę. Zwłaszcza gdy przeciwstawiasz jakiegoś X-a tworzeniu innych problemów i kretyńskich urzędów. Literalnie X był rozwiązywaniem problemów u źródeł, ale nie bardzo wiem, na czym miałoby ono polegać.

kwik

nameste, jak widzę moja propozycja poraziła Cię rewolucyjnością. Mnie też, więc nie wiem, czy uda mi się sformułować jakiś powszechnie zrozumiały program. Na początek: połowa miejsc w Sejmie dla kobiet i sprawa reprezentacji politycznej załatwiona. Jak to się komuś nie podoba, to niech sobie wybierze inną płeć.

Wydumane problemy bezdzietnych feministek mnie zupełnie nie interesują, sam mam większe. Czy kobiety chcą przechodzić na emeryturę równie późno jak mężczyźni? Jeśli nie, to niech za karę pozostaną upośledzone, pięć lat w kieracie piechotą nie chodzi.

Nie lekceważyłbym przewagi fizycznej, bo w wielu związkach właśnie ona bywa ostatnią instancją (do czasu). Ubocznym produktem tej przewagi jest np. to że obowiązkowa służba wojskowa dotyczy tylko mężczyzn, a wypadki przy pracy (kopalnie, budowy) też przytrafiają się głównie im. Oczywiście uważam, że wojsko ma być zawodowe i otwarte dla wszystkich, a miejsca pracy niedpowiednie dla kobiet po prostu zlikwidowane, bo na pewno nie są dobre i dla mężczyzn. Kiedyś przynajmniej było sprawiedliwie, kobiety umierały w połogu, a mężczyźni na wojnie.

nameste

kwiku, chyba ciągle się nie rozumiemy. Twojej "propozycji" po prostu nie widzę; miałażby ona być odpowiednikiem życzenia "niech będzie dobrze, zadekretujemy to, i już, będzie"?

Co do problemów bezdzietnych feministek – powiem wprost: ten poziom uproszczenia/demagogii [niepotrzebne skreślić] uważam za stratę czasu; znam sporo "dzietnych feministek" (i feministów też), za diabła nie wiem, co to ma do rzeczy? Feminizm nie zajmuje się dziećmi, zajmuje się czymś znacznie szerszym. Per analogiam, można odesłać bezdzietny w 100% (przynajmniej oficjalnie :>) kler katolicki na jakiś "męski księżyc", niech się odczepi od spraw rodziny, spraw obyczajowych itd. Z pewnością miałoby to więcej sensu, niż deprecjonowanie feminizmu poprzez "bezdzietność feministek" i ich (jak rozumiem) wydumane problemy.

kwik

nameste, wybacz nieporadność. Mnie chodzi tylko o dotarcie do źródeł problemu. Widzę objawy: kobiety rzadziej zajmują wysokie stanowiska, traktowane są protekcjonalnie, ustawiane w jedynie słusznych rolach albo wpychane w "typowo kobiece", źle opłacane zawody (nauczycielki, pielęgniarki). Ale nie widzę powodu, żeby kobiety stale traktować specjalnie i nieustannie je równouprawniać, jak tego chcą feministki. Może wystarczy skutecznie wyrównać szanse, tam gdzie rzeczywiście trzeba, i przestać widzieć w kobiecie dziecko specjalnej troski.

Zamiast nakręcać wojnę z samcami, jak to robią feministki (czasem chyba niechcący), proponuję pokój i zbratanie się. Nie pytać ciągle o płeć i nastawienie do innych płci. Płeć nie jest najważniejszą rzeczą w życiu człowieka. Można mieć inną płeć chromosomalną, a inną fizjologiczną (zespół niewrażliwości na androgeny), można mieć inną płeć biologiczną, a inną psychiczną. Można odczuwać pociąg seksualny do tej samej płci, co już jest problemem, więc tym bardziej nie powinno stwarzać dodatkowych problemów. Przestańmy maniakalnie odróżniać płcie, to niektóre problemy same znikną, np. co robić z małżeństwami homoseksualnymi.

Nie kwestionuję różnic między płciami, natomiast kwestionuję ich znaczenie, bo różnice wewnątrzpłciowe też bywają duże, a nikt nie próbuje zrobić z nich sprawy. Nie tylko kobiety mają problemy z zaistnieniem w życiu politycznym, mali łysi mężczyźni też; a gdy jakimś cudem zaistnieją, na pewno nie jest im łatwo. Kogoś to wzrusza?

Wreszcie zdjąłbym nieco odpowiedzialności z Kościoła i okolic za istniejący stan rzeczy. Nawet wymuszenie przez Kościół restrykcyjnych przepisów antyaborcyjnych nie przesądza o gorszej pozycji kobiety, przecież antykoncepcji jeszcze nie zakazali. A jeśli policzyć, ile kobiet było w KC PZPR, to trwała niemożności zaistnienia w Polsce „Kobiecego Podmiotu Politycznego” wydaje się jednak luźno związana z ciemnogrodem.

nameste

kwiku, istotnie, gdyby sie dało skutecznie wyrównać szanse, tam gdzie rzeczywiście trzeba, to program łączący feminizmy różnych nurtów można by było uznać za zrealizowany. Wybacz, ale nie chce mi się polemizować z postulatem przestać widzieć w kobiecie dziecko specjalnej troski, powiem tylko, że wydaje mi się skłamany; to jest ten sam schemat, co w "Gdybyż one [kobiety/mniejszości seksualne] domagały się tylko równości szans! Ale one chcą specjalnych przywilejów!". Nie zgadzam się z taką oceną, ale wolałbym odłożyć ew. dyskusję na inną okazję.

Jeśli idzie o ocenę powodów niemożności powstania KPP, polecam podlinkowany w blogonocie tekst Agaty Czarnackiej: jest tam wymieniony cały splot powodów. To łatwe – wziąć jeden, powiedzieć, że nie jest to powód wystarczający, unieważnić tezę. Ale to rozumowanie średnio ;) poprawne.

Z tym wszystkim, nasza wymiana zdań jest dość obok tematu Graff, która przecież zupełnie o czym innym pisze, a o czym nie powiedzieliśmy tu słowa, zajęci sprzątaniem przedpola. I to jest metaproblem z tym tematem: trudno dojść do sedna, bo zbyt często trzeba (po raz 1000-czny) zajmować się rudymentami.

Oczywiście, powodem mojego narzekania ;) nie są akurat Twoje wypowiedzi: miałem nieszczęście poczytać też te czytanki, które wskazała lejda, a w pamięci mam dziesiątki podobnych.

kwik

Wcale się nie rwę do obalania tez, ja tylko głośno myślę. A jaka była teza Czarnackiej - że powodem niemożności zaistnienia Kobiety Podmiotu Pol. jest brak kobiecej solidarności, bo kobiety wychowywano w niesolidarnym duchu (kto wychowywał - pewnie ich matki). Zasugerowałem jedynie, że to luźno związane z ciemnogrodem.

Jeśli o tekst Graaf chodzi (pobieżnie przeczytałem cały, mocno przesadza), to bardzo brakuje mi choćby przelotnej refleksji, że nasi niektórzy sojusznicy w walce o wolność w sferze płci i seksualności są tak skompromitowani, że lepiej gdyby sobie poszli i walczyli o coś innego. Wolę się położyć niż stać razem z byłymi członkami PZPR.

nameste

kwiku, byłbym ciekaw, gdzie mianowicie Graff przesadza (i to mocno). Nawiasem mówiąc, stwierdza ona, że liberalne czy też lewicowe kwitowanie pewnego typu problemów załamywaniem rąk nad "ciemnogrodem" uważa za niewystarczające (więc jakby zbieżnie z Twoim odbiorem).

W Polsce tradycjonalny, wsparty katolicyzmem, punkt widzenia nie zajmuje się kobietą inaczej niż jako częścią rodziny, zasadniczo świętej: Czy mogą przyjąć do wiadomości wszelkiej maści feministki, że „geniusz kobiety" najpełniej realizuje się w naśladowaniu Maryi? [z tej czytanki]. Ile razy u władzy pojawiała się prawica, tyle razy urząd ds. równego statusu kobiet i mężczyzn zamieniał sie w "pełnomocniczkę premiera ds. rodziny". Itd.

Gdy idzie o pogrobowców PZPR, sprawa jest ciężka. Co zrobić, gdy któryś powie "2+2=4"? Położyć się?

kwik

nameste, nie mam teraz czasu, żeby uczciwie pokrytykować, więc na razie tylko pochwalę - fragment o chustach trafia w sedno. Wojna trwa, a cytując Graff: "Osobiste preferencje konkretnej muzułmańskiej dziewczynki są w tym wszystkim najmniej istotne". Myślę, że podobnie jest na innych wojnach, np. na wojnie o to, co ma mieć w głowie polska kobieta.

2+2=4 nie jest przedmiotem sporu, jest mało kontrowersyjne, nikogo nie określa. Co innego stosunek do wolności seksualnej.

kwik

Uważam, że diagnoza Graff jest od początku do końca chybiona. Uwierzyła w chwilowy sukces katoendecji (definiowanej zapewne jako "ugrupowanie popierane w danej chwili przez Radio Maryja") i pofantazjowała sobie na czarno. Według Graff schemat mechanizmu odpowiedzialnego za "postępujące od ponad dekady ograniczanie praw kobiet i mniejszości seksualnych" wygląda tak:

zmiany w zbiorowej tożsamości, kulturowy i ekonomiczny niepokój -> odrodzenie nacjonalizmu wraz z jedynym słusznym modelem rodziny rozpłodowej -> zamach na wolność w sferze obyczajowej

Czyli podobnie jak było np. w III Rzeszy, tyle że u nas właściwy model rodziny podsuwa Kościół, a nie partia.

To teraz przystąpię do chaotycznego ataku, bo nie wiem od czego zacząć. W największym skrócie - podany mechanizm jest oczywiście "słuszny", tylko u nas nie działa. Działa najwyżej troszeczkę.

Może zacznę od końca. Kościół faktycznie podsuwa swój model rodziny, a skutkiem ubocznym jest zamach na wolność obyczajową. Ale przecież podsuwałby ten sam model (sprawdzony i działający), gdyby nacjonalizm się nie odradzał.

Następne: czy rzeczywiście poziom naszego nacjonalizmu jest już niepokojący? Mnie rzadko niepokoi. A jak się sensownie mierzy poziom nacjonalizmu? Jeśli mierzyć np. liczbą głosów zdobytych przez Wierzejskiego, to w Warszawie jest niski.

No i na koniec - nie dostrzegam postępującego ograniczania praw kobiet, a tym bardziej mniejszości seksualnych - wprowadzenie bardzo restrykcyjnych przepisów antyaborcyjnych było zdaje się jednorazowym aktem. Kościół raz dostał to co chciał, a teraz znowu musi w znoju i trudzie uprawiać swoją propagandę. I jakoś nie widać, żeby odnosił wielkie sukcesy. To samo można zresztą powiedzieć o wysiłkach lewicy i feministek :)

Tak więc nie widzę ani tego mechanizmu w całości, ani nawet jego działających części. Moja diagnoza jest inna. Mamy do czynienia przede wszystkim z ogromną inercją konserwatywnego społeczeństwa zakutych łbów. Tak jakby jeszcze do nas nie dotarło, że zabory i okupacje minęły, że Polska jest wolna, że nie trzeba aż tak się wszystkiego bać. Nadal stosujemy sprawdzoną przez wieki strategię, opieramy się zmianom i uprawiamy nacjonalizm w stylu Ślimaka (ziemi nie dam). Może i jakieś odrodzenie takiego nacjonalizmu jest, przedtem nikt od nas ziemi nie chciał kupować.

nameste

kwiku, Twój "chaotyczny atak" ma następująca strukturę:

(1) Kościół: "robi tylko to, co robiłby sam z siebie";

(2) polski nacjonalizm: "mnie rzadko niepokoi";

(3) postępujące ograniczanie praw kobiet: "nie dostrzegam";

(4) ogólnie: Polska jest krajem, w którym istotną rolę odgrywa "ogromna inercja konserwatywnego społeczeństwa zakutych łbów".

Ad 1. Graff pisze o instrumentalizacji religii przez odradzający się agresywny nacjonalizm, więc nie oskarża wprost Kościoła, raczej część prawicy (typu markojurkówcy i ich krucjatę o zmiane kosntytucji, prowadzącą w stronę całkowitego zakazu aborcji); Kościół tylko skwapliwie korzysta;

Ad 2. LPR+MW straciły na znaczeniu, bo ich elektorat został przejęty przez PiS i autonomizujące się (tzn. nie potrzebujące już LPR) RM; NOP ma się dobrze; dzisiejsza zawierucha wokół traktatu reformującego w znacznej części jest podszyta nacjonalistycznie (przy okazji można obejrzeć mechanizm "podgrzewania" z bliska: Niemiec i gej, dwa zagrażające polskości monstra; o antysemityzmie, ideologii par excellence nacjonalistycznej, rozmawialiśmy parę dni temu, jeśli pamiętam ;), nie zaprzeczyłeś w końcu jego kondycji, choć z początku też wolałeś mówić o "głupocie";

Ad 3. tu pozwolę sobie skorzystać z Twojego "nie dostrzegam": otóż fakt, iż Ty czegoś nie dostrzegasz, nie jest (sorry, Winnetou) żadnym argumentem; trzeba by sięgnąć po szczegółową krytykę, formułowaną przez np. środowiska feministyczne i wykazać, że jest to krytyka bezzasadna;

Ad 4. no cóż, rozumiem to w ten sposób, że zgadzając się, iż jakieś zjawiska podobne do tych, o których pisze Graff, istnieją, ale wolałbyś nazywać je inaczej (np. "konserwatyzmem zakutych łbów") – byłaby to zatem tylko róznica terminologiczna? ;)

kwik

nameste, jeszcze rok temu pewno nie byłbym takim optymistą. Może faktycznie trochę bagatelizuję. Ale Graff przesadza w drugą stronę, więc ja też daję sobie prawo do przesady.

Miło z Twojej strony, że przywołałeś akurat Marka Jurka. Fiasko jego inicjatywy pokazuje dobitnie, że na razie to raczej ja mam rację, a nie Graff. Jak się Jurkowi uda, to przyznam, że się myliłem.

nameste

kwiku, w jakim sensie Graff przesadza, formułując opinie jakościowe? Zjawiska, jakie opisuje, istnieją, można się sprzeczać, czy są marginalno-niszowe, czy też strukturalnie obecne (w polskim "dyskursie publicznym"); można się spierać o trend, o to, czy ta strukturalna obecność (jeśli się zgodzić na raczej taką tezę) idzie w stronę zwiększania, czy może zmniejszania udziału ("powszechności", "istotności"). Mój ogląd spraw jest zbliżony do Graffowego. No i – co teraz zrobimy? Twoja metoda średniej arytmetycznej ("Graff mocno przesadza, kwik tochę bagatelizuje, średnia – jest normalnie)) będzie dawała odmienny wynik po dołączeniu się każdego kolejnego dyskutanta ;) z odmienneym zdaniem.

Fiasko markojurkowców? Przeciwnie, uważam, że odnieśli sukces. Żeby na parę miesięcy włączyć całość klasy politycznej i połowę mediów w awanturę o charakterze tak jawnie ideologicznym? Czy Kaczyńscy mogli pozwolić sobie na to, na co z pewnością mieli ochotę ("Jurku, spadaj na drzewo")? Nie chce mi się wchodzić w kolejne aspekty owej "kolejnej bitwy w dalekiej od końca wojnie"; powiem tyle, że o kolejne parę milimetrów środek ciężkości języka, używanego w Polsce do wysłowienia problemu, został przesunięty w prawo.

Zresztą, nawet gdyby przejść od patrzenia na kulturę [w tym: polityczną], co ja próbuję robić, do kategorii stricte politycznych (co, jak mi się zdaje, dominuje w twoim myśleniu), to markojurkowcy byli ledwie o włos od pełnego sukcesu: to kwestie taktyczne, a nie pogląd dominujący w polskim parlamencie, sprawiła, że rzecz (chwilowo?) "przycichła".

kwik

nameste, przeceniasz chyba rolę słowa w życiu zwykłego człowieka. Jurek tak bardzo chciał przesunąć środek ciężkości, że przy próbie balastowania wypadł za burtę. Dlatego nie uważam, że cokolwiek przesunął.

Ekscesy ekstremistów są ciekawe, ale mnie raczej interesuje jak reaguje opinia publiczna, np. jak zmienia się poparcie dla restrykcyjnych przepisów antyaborcyjnych. Szczególnie interesują mnie trwałe trendy, nimi jest trudno manipulowac.

Oczywiście zawsze bezpieczniej przesadzić, niż zlekceważyć.