2008-01-16

Fakty


Karolina Naimska mieszkała we własnej kamienicy, na Orlej. Mieszkał tam także Adam Naimski (egzekutor) i Karol Naimski (asesor sądu kryminalnego). Jakób Naimski miał kamienicę na Pokornej. Inny Jakób Naimski (właściciel browaru) mieszkał u Hersza Mandenfronsa na Białoskórniczej. Piwowarem był Ludwik Naimski, miał dom z browarem na Wiejskiej. Razem z nim mieszkał Józef Naimski, urzędnik. Inny Józef Naimski miał kamienicę i browar na Żurawiej.

Na Orlej, obok Karoliny Naimskiej kamienice mieli Michał Beregsohn, Karol Majerdyng, Maciej Nowakowski, Adam Lipiński. Za domem Leona Krupeckiego był pałac Samuela Mochaubta, a potem dom Wolfa Rosena.

W kamienicy Karoliny Naimskiej mieszkali Cezar Austen (urzędnik), Józefa Diażdżewska (kucharka), Daniel Grzybower (farbiarz), Słama Hantower (kupiec), Hersz Kleinmann (krawiec), Ludwika Kukowska (kucharka), Fajwel Lewinsohn (nauczyciel), Fiszel Malenki (bakałarz), Wawrzyniec Maryański (handlarz leguminy), Markus Parawan (subiekt handlu), Abram Rotmil (blacharz), Matylda Rutz (baletniczka), Eleonora Sachs (utrzymująca się z własnych funduszów), Icek Szaregroder (szkolnik), Małgorzata Szlachcińska (kucharka), Ludwika Szturm (kucharka), Bina Szyt (kucharka), Pinkus Tarfsztein (handlarz leguminy), Dawid Weszer (kupiec) i Andrzej Włodarski (stolarz).

Ten dom nosił numer 804 i należał do cyrkułu 7.

Te dane pomieszczone zostały w Skorowidzu mieszkańców miasta Warszawy z przedmieściami na rok 1854 ułożonym pod kierunkiem Zarządu Policyi.

Znalazłem go w sieci, szukając kobiet o nazwisku Truskolaska. W 1854 w Warszawie mieszkały trzy. Aniela była emerytką, mieszkała na Dziekance, przy kościele Karmelitów Bosych. Konstancya była kucharką i mieszkała na Twardej. Salomea utrzymywała razurę na Chłodnej, w domu Tekli Witernickiej.

Razura to dawna nazwa golarni. Wyraz pochodzi z łaciny. Dziś oznacza głównie wyraz wyskrobany (usunięty mechanicznie) z tekstu. Nie znam nikogo, kto by go używał na co dzień.

34 [komentarze]:

MEP

A ja pamietam Pania Truskolaska z Biblioteki KUL, a dokladniej (chyba) z Wydzialu Humanistycznego.

Ale do tekstu: czyta sie go jak fragment Lalki czy innych Emancypantek.
Taki "szkielet" wielowatkowej historii. Ale czy historie (czy historyjki) tych ludzi odcisnely jakies pietno?

Czy ktos pamieta na czym polegal handel legumina? Czy baletniczka miala ladne nogi, a subiekta lubili klienci?
A moze Eleonora Sachs ubierala sie u Hersego, a Cezar Austen poszedl do Powstania (styczniowego) i tym zrujnowal sobie dobrze zapowiadajaca sie kariere w Magistracie?

Czy to jest dla kogos wazne?

Czy ktos bedzie po 150 latach pamietal nas? Co trzeba zrobic, zeby nie zostac startym megagumka myszką (ze juz nie wspomne o wydrapaniu zyletka;)?

Czy codziennosc jest warta zapamietania? A pamiec o niej przekazywania?

nameste

MEP, być może ten spis Policyi też zawiera jakieś błędy czy nieścisłości, które już nie zostaną sprostowane. Ale podbudowuje i uzupełnia na przykład opisanie świata w Lalce. Mieszkańcy Warszawy 1854 jakoś tam oparli się działaniu megagumki, zostawili też ślady w kulturze materialnej, w języku, wreszcie – w jakimś zakresie – w potomnych.

O tym właśnie planie (też) myślałem, zapisując tu te suche dane (suche: spis zawiera tylko adresy, nazwiska, stwierdza, kto jest właścicielem domu, zapisuje, z czego utrzymują się dane osoby).

Po prawdzie mówiąc, uznałem, że ten przekrój przez spis jest jakimś istotnym argumentem w sporze o Strach Jana Tomasz Grossa. Na tyle odległym w czasie i na tyle zarazem precyzyjnym, że nie sposób go zakwestionować. Choć interpretacje zapewne mogą być różne.

PS Pytanie z zupełnie innej beczki: czy sprawdzałaś może, jak się zachowuje grajątko umieszczone tu? Czy też kaprysi?

MEP

Nad tym sie wlasnie zastanawiam. Jako zbiorowosc pewnie jakos w swiadomosci potomnych zaistniejemy, a jako jednostki? Hm?
Twoj tekst uswiadamia nikczemnosc (w sensie nicosci) naszych terazniejszych , doraznych ekscytacji, dramatow, szczesc i hierarchii. W ostatecznosci jestesmy pozycja w spisie, ktory, daj Boze, sie uchowa.

W kwestii Grossa, chodzi Ci zapewne o NIEOBECNOSC.
Ja mam opory przed siegnieciem po jego ksiazke.
Nie dlatego, ze uwazam, ze jestesmy tak superszlachetni, ale dlatego, ze nie odpowiada mi ten typ uproszczonego dyskursu. Ani po jednej ani po drugiej stronie. Taka licytacja. Bo jesli po jednej stronie bylo 1000 oprawcow, a po drugiej 1001, to ci pierwsi sa lepsi? Nie, prawda.

Zreszta to sa kwestie, ktore, jak mi sie wydaje, nie moga byc rozstrzygniete zbiorowo.
Mysle, ze tu, szczegolnie kazdy chrzescijanin powinien sobie zadac nie tylko pytanie czy bylbym w stanie zabic, ale czy bylbym w stanie umrzec, poswiecic sie, stanac w obronie.
Wroga, obcego, nieznanego, ktorego sie boje, nie znam, moze gardze. Bo tak przeciez postapil Chrystus.

I tu dochodzimy do najwyzszych rejonow czlowieczenstwa, a jednoczesnie do czegos bardzo podstawowego.Bo tu nie ma znaczenia ani bogactwo, ani wyksztalcenie, ani pochodzenie.

Trzeba byc czlowiekiem, jak mowila moja babcia.

Tylko czy kazdego na to stac? A w koncu "tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono".

A propos polecam (bardzo) wywiad z Agnioeszka Arnold autorki filmu "Sasiedzi" w najnowszym "Przegladzie". Bardzo madra babka. Nie ma tego niestety, w przeciwienstwie do innych glupawych tekstow, w wersji elektronicznej.

No i przepraszam, ze sie rozpisalam.

MEP

A i jeszcze grajatko.
Na "pracowym", sztywnym laczu nie chodzi. Podejrzewam, ze mam jakas blokade administratora, jazzawowe czasem (b.rzadko) zaskakuje. Od czasu kiedy nas zsieciowano, czyli od kilku lat w ogole nie wiem co w tym komputerze mam, zupelnie sie uwstecznilam.;-)
Na laptopie troche lepiej, mimo blueconnecta i przerywania, ale ostatnio nie mialam czasu sprawdzac.

kwik

MEP też to zauważyła - na czym polegał handel leguminą? A raczej co to była wtedy legumina?

kwik

Już wiem. Z grubsza. Znalazłem dwa cytaty z Glogera:

W pobliżu stał „śpichlerz do chowania wszelakich legumin” czyli, jak później nazywano, lamus.

... będący ... dostawcą ... gorzałki i legumin (czyli żywności), a mianowicie krup i mąki.

nameste

MEP, w moim rozumieniu pomysł, że w sporze, który symbolicznie można oznaczyć Grossem, są jakieś dwie strony, jest chybiony. Jeśli komuś nie odpowiada "ten rodzaj uproszczonego dyskursu", to mógłby ów ktoś zauważyć, że głównym uproszczeniem jest powoływanie dwóch stron sporu.

Ale rzeczywiście, punktem wyjścia namysłu jest nieobecność. Mnie jest, ponadto, okropnie żal, że zamieszkujący Polskę dostali się w historyczne tryby tak homogenizujące niegdysiejszą różnorodność etniczną i kulturową.

nameste

legumina, z tego co udało mi się na szybko ustalić, to starodawna nazwa oznaczająca paciajowaty deser (budyń, kisiel, kaszka z mleczkiem na słodko, warianty i wariacje). "Handlarz leguminy" powtarza się w Spisie na tyle często i regularnie, że musiał to być rodzaj zajęcia dobrze identyfikowanego społecznie. Inna rzecz, że bywają takie zajęcia bardzo efemeryczne. Na przykład "operator saturatora" (sprzedający wodę z bąblem z wózka na kółkach) przetrwał parędziesiąt lat, w porywach – młode kilkadziesiąt.

MEP

nameste,
w sporze na temat tego CO NAPISAL Gross jest jedna ze stron. Bo popelnil kilka naduzyc, jak chocby generalizacja. Na ktora inni odpowiadaja kontrgeneralizacją.

Widzisz, ja jednak wole lektury, ktorych autorzy nawet nieporadnie, ale staraja sie zachowac jakis obiektywizm, podejsc do tematu refleksyjnie, nakreslic kontekst.
Tak tez mozna pisac o ciemnych stronach ludzkiej natury czy historii.
Gross tego nie robi. I nie przyczyni sie do "oczyszczenia" , wyjasnienia czy naswietlenia czegokolwiek, raczej do podsycenia skrajnosci, radykalizacji nastrojow.
Jeszcze raz polecam wyzej wymieniony wywiad. To na podstawie sciezki dzwiekowej filmu tej kobiety Gross napisal Sasiadow.

P.S. Legumina to rzeczywiscie deser na bazie maki, jeszcze do niedawna robiony w domach. W starych ksiazkach kucharskich typu Cwierczakiewiczowa czy Monatowa, mozna zlalezc przepisy. Tylko jak tym handlowac?

MEP

A moze to chodzi o (z francuska) legumes czyli warzywa?

nameste

MEP, nie będę się spierać, mam wrażenie, że głos więźnie mi w gardle :(, a mówienie nie ma sensu.

MEP

nameste, sprobuj jednak oddzielic TEMAT od ksiazki Grossa.

Kwestionowanie uczciwosci intelektualnej tej ksiazki nie jest rownoznaczne z kwestionowaniem krzywdy ludzi.

Jesli latwo mozna takie naduzycie wykazac Grossowi, to skutkiem bedzie nie debata a nawalanka (i chyba o to chodzi, bo Gross jeszcze podgrzewa nastroje), a w koncu samousprawiedliwienie (bo w koncu jesli jedna czy druga teza byla falszywa, to inne pewnie tez), a nastepne(uczciwsze i lepsze metodologicznie) proby zajecia sie tymi sprawami, beda zbywane wzruszeniem ramion.

A mowienie ma sens, zwlaszcza mowienie jasno.

nameste

MEP, mówiąc jasno, antysemityzm w Polsce jest problemem historycznym i moralnym dla Polaków, dla polskiej kultury i dla polskiej "świadomości zbiorowej". Jest tak całkiem niezależnie od tego, czy jakimś kołom żydowskim na świecie można zarzucić działania antypolskie, czy też nie, i w jakim stopniu. Cudze przewiny nie niwelują win własnych i są, co więcej, cudzym, nie naszym, problemem. Takie jest, wg mnie, właściwe ujęcie tematu. W tym ujęciu nie widzę "drugiej strony sporu".

Z własnego rozeznania we współczesnej kulturze polskiej, w stanie "świadomości zbiorowej" i w polskim tzw. dyskursie publicznym sądzę, że antysemityzm polski tli się nadal w najlepsze, często zaś słowo "tli" jest ewidentnym eufemizmem. Reakcje na książkę Grossa (niezależnie od poziomu jej uczciwości intelektualnej, ba, niezależnie od jej treści) to potwierdzają. Istotą tych reakcji (tych, które mam na myśli, a które uważam za dominujące) jest przedstawienie problemu historycznego i moralnego jako problemu politycznego. Do tego potrzebne jest oczywiście wskazanie "drugiej strony" sporu/konfrontacji, potrzebny jest "wróg", którego nikczemność moralna oraz niegdysiejsze i całkiem współczesne przewiny zniwelują – w zestawieniu – polski problem historyczny i moralny. Konstruowanie owego wroga odbywa się (w znaczącej części) zgodnie z "logiką" antysemityzmu. I tak koło się zamyka.

MEP

nameste, absolutnie masz racje i chyba zle mnie zrozumiales.
Absolutnie jestem za "przepracowaniem" problemu w Polsce i uznaniem jego waznosci. Mowiac o stronach sporu nie mialam na mysli jakichs innych srodowisk poza polskimi.
I mam wrazenie, ze ostatnia ksiazka Grossa wlasnie takie "przepracowanie" problemu utrudnia. Z przyczyn, o ktorych pisalam w poprzednich komentarzach.
Bo popatrz, co sie dzieje, np. uproszczeniu Grossa WSZYSCY POLACY byli/sa antysemitami przeciwstawiana jest druga ksiazka (nie pamietam teraz autora), ktora ma udowodnic, ze nienawisc do Zydow wziela sie stad ,ze WSZYSCY sa/byli komuchami i ubekami czajacymi sie na polskich bohaterow (i o tym myslalam piszac o licytacji). Wejdz tez na blog Michala Tyrpy.
Zadna z tych opinii nie jest prawdziwa, choc w kazdej jest czesc prawdy. Pozostaje kwestia proporcji.
Jestem za tym, zeby poruszac nawet najtrudniejsze problemy, bo tylko prawda sie liczy, ale trzeba to robic z maksymalna mozliwa uczciwoscia.
Nie jestem za to wielka zwolenniczka zbiorowego uderzania sie w piers. Jesli wszyscy sie kajaja nie kaja sie nikt.
Tak bylo w Niemczech, gdzie na poziomie panstwowym i symbolicznym, osiagnieto najwiecej w Europie, natomiast wiele do zyczenia pozostawia swiadomosc indywidualna. Bo przyzwoici poczuli sie skrzywdzeni (za co mam przepraszac?), a zbrodniarze usprawiedliwieni (nie jest ze mna tak zle, przeciez WSZYSCY to robilismy).
Nie wszystko jednak da sie wytlumaczyc tylko osobista odpowiedzialnoscia, szczegolnie gdy mowimy o sytuacjach ekstramalnych.
Jak widac i jak wiesz to bardzo trudne sprawy.
Przepraszam, ze tak dlugo i chaotycznie, ale zaraz jade do domu. Bede jeszcze jakies pol godziny.

andsol

Chwila zastanowienia się - i widzę, że pisownia "Jakób" jest sensowna, to się wymienia na "Iacob".

O "zawodach ad hoc" przypomniała mi się uwaga G.H.-G. o Neapolu, dał parę przykładów, został mi w głowie malarz oczu ryb, było to jedno włoskie słowo. I mogę poprzeć przykładem brazylijskim, "flanelinha" to światłach ulicznych młodzik z brudną szmatką, któremu dajesz parę reali, żeby tylko nie tykał tym twojego wozu.

@MEP: piszesz "Mysle, ze tu, szczegolnie kazdy chrzescijanin powinien sobie zadac nie tylko pytanie..." hmm, więc jednak są dwa typy osób, jedne pomyślą albo nie pomyślą, a od drugich w kwestiach dotyczących moralności można (trzeba?) więcej się spodziewać?

Zaskakuje też przeciwstawienie: "...czy bylbym w stanie zabic, ale czy bylbym w stanie umrzec, poswiecic sie, stanac w obronie." Dla mnie rozwinięciem rozważań nad opcją "zabij" jest "żyj normalnie na codzień" a nie umieranie dla czegoś. Bo jak będę umierał (a nie śmiercią samobójczą, prawda?) to ktoś mnie będzie dożynał, czyli globalnie rzecz biorąc ilość morderców w tej sztuce nie zmieni się, tylko że mi przypadnie krótsza rola. Sztuka ta sama.

A najciekawsze: "Bo tak przeciez postapil Chrystus." Przeczytałem parę strasznie grubych książek (o Mohikanach, o kapitale, o Jezusie, o Forsythe'ach i niektóre nieźle pamiętam i myślę sobie czy naprawdę odnosisz się do Nowego Testamentu? (Oczywiście mogę mówić tylko o stronie literackiej, bo o historycznej to tak mało wiadomo, że zostawmy to na boku.) Bo w nim Jezus czasem coś powie o biednych i chorych i różne rzeczy im obiecuje na wieczne życie, ale gdzie i kiedy poświęca się? Owszem, prowokuje tak długo swoje władze, że w końcu proszą Rzymian, by zrobili mu proces. Ale jak pamiętasz urywek gdzie broni Innego ryzykując życie, podaj mi werset. Jak każdy normalny diabeł mam Biblię na podorędziu.

nameste

MEP, chyba jednak nie usunęliśmy powodów możliwych nieporozumień. W pierwszym komentarzu napisałaś: "nie odpowiada mi ten typ uproszczonego dyskursu. Ani po jednej ani po drugiej stronie. Taka licytacja. Bo jeśli po jednej stronie było 1000 oprawców, a po drugiej 1001, to ci pierwsi są lepsi?" Pisząc, że nie widzę dwóch stron właściwych do rozpatrzenia historycznego i moralnego problemu polskiego antysemityzmu, miałem na myśli również ten zabieg "symetryzacji zarzutów przez przywołanie kontr-zarzutów", który przywołałaś, pisząc o "licytacji".

W ostatnim komentarzu przyznajesz mi niby rację (odnośnie tego, że podmiot problemu ma tylko jedną stronę), ale jednak wraca temat "licytacji" w kontekście tego, iż książka Grossa "utrudnia przepracowanie problemu w Polsce i uznanie jego ważności".

Konkretniej. Rozumiem, że książki nie czytałaś. Ja też nie. Ale przeczytałem sporo jej omówień w ostatnich dniach. Żaden z dwóch najbardziej rzeczowych tekstów powstałych po lekturze Strachu, mianowicie Sawickiego i Gduli, nie wspomina słowem jakoby Gross oskarżał WSZYSTKICH Polaków, by dokonywał takiego rozszerzającego uproszczenia.

Jeśli idzie o blog Tyrpy, to donoszę, że dopracowałem się klarownego zdania na jego temat. To publicystyka polityczna, najeżona dziesiątkiem mechanizmów obronnych (poczynając od tej hm, fundacji "Paradis Judaeorum", mającej na celu utwierdzić Polaków w przekonaniu, że byli i są czymś najlepszym na świecie, co się Żydom zdarzyć mogło), publicystyka jawnie nakierowana na ową "symetryzację", o której pisałem wyżej. W sumie – dość paskudna sprawa, nie wolna od wielu antysemickich akcentów.

Myślę zatem, że książka Grossa jest (kolejnym) papierkiem lakmusowym pokazującym skalę nieprzepracowania problemu w polskiej świadomości. I że gdyby nawet była bardziej nakierowana na dokumentowanie faktografii, a mniej – na przybliżenie polskiej opinii publicznej (wcześniej: anglojęzycznej) zbiorowej świadomości i pamięci żydowskiej związanej z polskim doświadczeniem lat wokoło holokaustowych, to też by to niewiele zmieniło, bo zajęto by się podważaniem faktów i ich udokumentowania. Jak to miało miejsce wiele razy w przeszłości.

Chciałbym się też odnieść (na koniec) do kwestii odpowiedzialności zbiorowej. Winy z przeszłości nie obciążają współczesnych, winy matek i ojców nie są dziedziczne. Ale współcześni odpowiedzialni (zbiorowo) za rozpoznanie tych win przeszłych, za sposób, w jaki dziś mówi się o przeszłości (i, psiakrew, ciągle jeszcze o teraźniejszości!). Współcześni są odpowiedzialni za to, by nie niwelować własnych historycznych ciemnych plam – cudzymi.

Sorry za rozmiar tej odpowiedzi :) (i za niejakie opóźnienie).

andsol

Gospodarz pisze: "Winy z przeszłości nie obciążają współczesnych, winy matek i ojców nie są dziedziczne. Ale współcześni są odpowiedzialni (zbiorowo) za rozpoznanie tych win przeszłych, za sposób, w jaki dziś mówi się o przeszłości (i, psiakrew, ciągle jeszcze o teraźniejszości!). Współcześni są odpowiedzialni za to, by nie niwelować własnych historycznych ciemnych plam – cudzymi." Wyrzucę wrzut w nawiasie a resztę będę cytował, bo to jest jednocześnie analiza i program społeczny i drogowskaz moralny.

MEP

Andsol,
przepraszam, ze tak pozno odpowiadam, ale nie bylo mnie w Warszawie i w sieci.
Nie wiem o co chodzi z dwoma kategoriami osob. Wyroznilam chrzescijan, bo nasze (jestem chrzescijanka) zycie powinno byc miedzy innymi nasladowaniem Chrystusa (jakkolwiek gornolotnie by to nie brzmialo). Odniesienie do Chrystusa pojawilo sie w moim komentarzu, bo umarl za grzesznikow, rowniez za ludzi popelniajacych najgorsze zbrodnie, godnych pogardy, nieuznajacych Boga, obojetnie - za wszystkich, otwierajac im droge do zbawienia.

Oczywiscie "przyzwoite zycie" jest tym o co chodzi, ale nie w kontekscie tej dyskusji.

My rozmawiamy o warunkach ekstremalnych, o wszechobecnosci zla i o obecnosci lub braku sily, by temu zlu sie przeciwstawic lub nie.
Czy kazdy moze byc bohaterem? A czy ten, ktory nim nie jest, staje sie automatycznie lajdakiem?

A na pytania, czy bylbym gotow ryzykowac (poswiecic) zycie swoje i swojej rodziny, by uratowac Zyda, Niemca, Rosjanina, Marsjanina, kogo tam jeszcze, czy przygladalbym sie biernie, a moze aktywnie pomagalbym oprawcom, kazdy musi sobie sam odpowiedziec.

MEP

nameste, piszesz:
"Myślę zatem, że książka Grossa jest (kolejnym) papierkiem lakmusowym pokazującym skalę nieprzepracowania problemu w polskiej świadomości.

Ksiazka Grossa wywoluje emocje, ale zadnej skali nie ujawnia. Nie przeceniaj go.

"I że gdyby nawet była bardziej nakierowana na dokumentowanie faktografii, a mniej – na przybliżenie polskiej opinii publicznej (wcześniej: anglojęzycznej) zbiorowej świadomości i pamięci żydowskiej związanej z polskim doświadczeniem lat wokoło holokaustowych, to też by to niewiele zmieniło, bo zajęto by się podważaniem faktów i ich udokumentowania. Jak to miało miejsce wiele razy w przeszłości."

No ta uwaga, szczerze mowiac, zdumiala mnie. Czy naprawde uwazasz, ze w tego typu dyskursie dyskusja o prawdziwosci faktow i zrodel nie ma znaczenia? Ladne mi "przepracowywanie"! Nie bede sie dalej rozpisywac, ale przemysl to!

Chciałbym się też odnieść (na koniec) do kwestii odpowiedzialności zbiorowej. Winy z przeszłości nie obciążają współczesnych, winy matek i ojców nie są dziedziczne. Ale współcześni są odpowiedzialni (zbiorowo) za rozpoznanie tych win przeszłych, za sposób, w jaki dziś mówi się o przeszłości (i, psiakrew, ciągle jeszcze o teraźniejszości!). Współcześni są odpowiedzialni za to, by nie niwelować własnych historycznych ciemnych plam – cudzymi.

No i tym wskazaniem na obowiazek "dokonania rozpoznania" doskonale zaprzeczyles poprzedniemu passusowi. Co mnie pociesza.:)
Z ujeciem zbiorowej odpowiedzialnosci potomnych zgadzam sie. Sama by lepiej tego nie napisala....;-)

Czy Ty masz tu jakas blokade na drukowanie? Chcialam sobie wydrukowac Twoj komentarz, i za kazdym razem zawieszal mi sie komputer.

nameste

MEP, książka Grossa "wywołuje emocje, ale żadnej skali nie ujawnia", piszesz. Moim zdaniem ujawnia: choćby skalę emocji ;).

W sprawie uwagi, która Cię zdumiała. Idzie to na przykład tak: Grossowi zarzuty w sprawie faktografii i manipulacji stawia Chodakiewicz, któremu zarzuty w sprawie faktografii i manipulacji stawia Machcewicz. A poza tym nie ma żadnych "obiektywnych" metod generalizacji. Strach? – nie, Żydzi nie mieli się czego bać (tzn. mieli, jak wszyscy zaraz po wojnie, w związku ze zdziczeniem, ale jako Żydzi – nie). Ktoś inny mówi: przeciwnie, bardzo mieli się czego bać i bali się. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie procedury, na mocy której ustali się raz a dobrze&obiektywnie próg zdarzeń, powyżej którego strach jest uzasadniony, a poniżej którego – jeszcze nie.

Czy sobie zaprzeczyłem? Nie wydaje mi się. Taki np. Tyrpa chce wytaczać faktograficzne działa "rozpoznania", by ustalić i przedstawić fakty np. dotyczące "Żagwi". Tak widzi "obowiązek dokonania rozpoznania". Z tego, co pisałem wyżej, chyba jasno wynika, jaki jest mój pogląd w sprawie adekwatności takiego rozpoznania do tematu.

O blokadzie na drukowanie nie wiem nic. No ale nie próbowałem nigdy drukować ;).

MEP

Ad. Rozpoznanie tematu
A ja tak to sobie wlasnie wyobrazam. Ze Chodakiewicz cos pisze, a kto inny podwaza jego zdanie. Ale dyskutuja o faktach i probuja je ocenic. To samo mozna by zrobic z ksiazka prezentowana przez Tyrpe (zgadzam sie z Toba, co do jego metod).

Zgadzam sie, ze to trudne i zmudne, ale czy lepiej pozostawiac nieskomentowane teksty ukazujace tylko jedna strone medalu? Przeciez to zupelnie zachwiewa proporcje.
Wyobraz sobie, ze na rynku istnieje tylko ksiazka polecana przez Tyrpe. Czy nie chcialbys by ktos ja krytycznie skomentowal?

Problem w tym, ze zadna glebsza dyskusja "nie sprzeda" sie medialnie. A ww. pozycje prezentowane "pojedynczo" spelniaja kryterium "skandalicznosci" i o to chyba glownie chodzi. Gross, swoja ostatnia ksiazka, wpisuje sie w te stylistyke.


Teksty, ktore ostatnio zamieszcza GW sa wlasnie tym, jak chcialabym widziec dyskusje, a przeciez podobnie jak ksiazka Grossa rowniez sa publicystyczne.
Chodzi mi o dialog Machcewicz/Gebert, Edelmana czy Stole. Nie mozna im zarzucic, ze unikaja tematow niewygodnych czy trudnych.
Takie teksty lubie czytac, bo mam wrazenie, ze jakos posuwaja sprawe "do przodu". I zachecaja mnie do dalszych lektur, choc i tak ich chyba przeczytalam "powyzej sredniej", co nie wychodzi mi na dobre;).

nameste

MEP, nie podoba mi się dopisywanie intencji (skandalizowanie dla kasy/sławy) autorom, jestem z tej szkoły, która zaleca odrywanie tekstów od autorów i gryzienie ich samych-w-sobie.

Oczywiście, masz rację, że lepiej mieć do czynienia z dyskusjami o problemach niż z problemem pseudo dyskusji.

MEP

nameste, moze Ci sie to nie podobac, ale kryterium "medialnosci" utworow jest, niestety, faktem.
Niedawno rozmawialam z bardzo powaznym profesorem, autorem bardzo powaznej ksiazki, ktora zostala zamowiona i miala byc wydana przez bardzo powazne wydawnictwo uniwersyteckie (za granica).
Recenzja wydawnictwa byla oczywiscie pozytywna z zastrzezeniem, zeby przerobil ksiazke na bardziej "google friendly"....

nameste

MEP, pewnie się zdziwisz ;), znam miejsce i rolę działów marketingu i promocji (również wydawnictw). Ale tłumaczenie sensu książki/tekstu tylko w takich kategoriach jest spłaszczaniem. W tym sensie nieuczciwym, że poprawka na kosmiczną stałą "medialności dotyczy wszystkich dzisiejszych tekstów kultury; można ją zaniedbać, chyba że ma się twarde dowody na pierwszoplanowość takich kryteriów.

MEP

nameste,
Mnie juz w odniesieniu do Ciebie nic nie zdziwi... ;-p

Nie tlumacze sensu tych ksiazek TYLKO w tych kategoriach. Mam nadzieje,ze dowiodlam tego kilkoma komentarzami tutaj.
Ale mam wrazenie, ze na przyklad ksiazke Chodakiewicza kupowaliby tylko hobbysci, gdyby nie to, ze zostala (nieslusznie) UZNANA za "odpor" dany Grossowi.
A gdyby Gross napisal kilkusetstronicowe dzielo z przypisami, cytatami i zachowaniem wszelkich standardow warsztatu historycznego, na ile sprzedanych egzemplarzy moglby liczyc?
O to mi chodzi.
To nie jest nawet przytyk do autorow, raczej do czytelnikow.....

nameste

MEP, no to może poprzestańmy na stwierdzeniu, że zarzut sztucznie podkręcanej medialności jest/bywa bronią w w walce o władzę (a więc: politycznej) i chętnie bywa używany do przesłaniania meritum.

Przypisy:
1. O władzę symboliczną, podobnie – z pozycji merytokratycznych – establiszment (np. naukowy) krytykuje obrazoburczych amatorów za amatorstwo, by zdeprecjonować obrazoburstwo.
2. Oczywiście że wyciągam usilnie za uszy polityczny aspekt recepcji i antyrecepcji Grossa, no bo taka jest moja główna teza ;). Tzn. można też pociągnąć wątek rzetelności, powiedzmy, naukowej rozmaitych opracowań, ale, moim zdaniem, będzie to wątek poboczny :)

nameste

kwik wrócił do problemu leguminy komentarzem "2 w 1" tutaj, w którym twierdzi, że wg Słownika wyrazów obcych PWN legumina to (w znaczeniu 2.):

2. daw. roślinne artykuły spożywcze, jak kasza, mąka, groch [łac. legumen, lm legumina jarzyny strączkowe]

Problem w tym, czy w roku 1854 roku to znaczenie było w użyciu i to utartym użyciu, skoro doznało frazeologizacji w "handlarzu leguminy".

Nie wiem, jak ten problem rozstrzygnąć, jedyny pomysł, jaki mi przychodzi do głowy, to – spytać się kabirii, może wie, albo może się dowiedzieć.

nameste

Jakoż i się spytałem. Tutaj.

kwik

no i dobrze, z inteligentą kobietą to nawet o kaszy można pogadać. W spisie mieszkańców z 1854 są też osobno handlarze mąki i handlarze kaszy, w ogóle duża specjalizacja w artykułach spożywczych (handlarz anyżu!).

andsol

Kabirii niczego nie ujmując, bo teraz to już żaden jej talent mnie nie zaskoczy, o źródła słów i słów historie Antrima bym też pytał...

nameste

Zanim pobiegnę dziękować kabirii za odpowiedź (no i wziąć udział w uczonej rozmowie ;), odnotuję, andsolu, że antrima krępowałbym się pytać, bo znam go jedynie z widzenia (i nie byliśmy sobie przedstawieni :)

kwik

Ha, Kabiria sugeruje, że leguminy w 1854 były półproduktami na słodko, a nie kaszami i grochem luzem. A ja na razie nie mam nowych argumentów. Zygmunt Gloger w "Dolinami rzek: Niemen" (1903) już objaśnia znaczenie legumin, chociaż sam je rozumie jako (między innymi) kasze i mąki:

"Przy większej ilości płytów znajduje się na jednym z nich skarbówka, czyli domek z desek, w którym mieszka przez czas spławu pisarz kupca drzewnego, będący zarazem płatnikiem i dostawcą dla orylów gorzałki i legumin (czyli żywności), a mianowicie krup i mąki."

Ale Glogera już cytowałem, więc nieco się powtarzam.

nameste

kwiku, z Glogerem to bym uważał, bo np. w "Dolinami rzek: Wisła" też wspomina leguminy w sensie zboża, ale cały tekst sprawia wrażenie, jakby w intencji sięgał po czasy Klonowica. Inaczej mówiąc, Gloger archaizuje sobie.

kwik

Na Glogera nie można liczyć, jest dwulicowy. Dałem u Kabirii odpór Prusem.