2009-11-03

zamykam

Zamykam tego bloga. W poszukiwaniu ciekawszych możliwości (głównie chodzi o techniczne) przenoszę się na nowy blog.

Zapraszam. I pamiętajcie o zmianach w blogrollach, rss-ach itp. :)

2009-10-31

śledztwo


W ramach Uniwersytetu Krytycznego pojawiło się seminarium Przemysława Czaplińskiego na temat Śledztwo w sprawie przyszłości. Powieść kryminalna i projektowanie społeczeństwa. Odsłuchałem nagranie z pierwszych zajęć; a niechciępokręci, Krytyko Polityczna, co za fatalny dźwięk. Kwestia, dlaczego ściągnąłem te ponad 150 MB, niech sobie na razie powisi na kołku, zastanówmy się nad podstawami.


akt

Klasyczne śledztwo polega na poszukiwaniu sprawcy pewnego czynu, zbrodniczego aktu; do wyobraźni przemawia najbardziej delikt poważny i bezsprzeczny: morderstwo, zwłaszcza że (na ogół) jego zajście objawia się nagim i zawieszającym na moment „normalne” funkcjonowanie świata faktem – faktem trupa. Ponieważ trup (na ogół) milczy, pojawienie się zwłok oznacza zarazem pojawienie się zwłoki, luki między aktem a odpowiedzią na pytanie kto zabił. Luka ta jest habitatem śledztwa.

Śledztwo – powiada się – bada motyw, sposobność, narzędzie. Fundamentem śledztwa jest przyczynowość; nie dość założenia, że skoro jest trup, to ktoś dopuścił się aktu zabicia – trzeba jeszcze potwierdzić premedytację i zrekonstruować przebieg zbrodni. Pierwszym krokiem śledczych jest odtworzenie relacji między zabitym a innymi aktorami; bierze się zatem pod lupę krewnych, współpracowników, związki seksualne, polityczne, wszelkie inne. Kiedy nie zostaje potwierdzone milczące założenie śledztwa (o istnieniu związku między ofiarą a zabójcą), pojawiają się zmory śledczych: morderstwa seryjne, bezmotywowe (chaotyczne) i krzyżowe (w których związek jest ukryty, bo pośredni, np. – jak w Strangers on a Train Patricii Highsmith – morderca A zabija osobę, którą chce zgładzić morderca B, i odwrotnie; śledztwo napotyka fundamentalną trudność).

Poszukuje się sprawcy, bo zakłada się jego istnienie (czasem to założenie bierze w łeb: jak w Śledztwie Lema). Bada się motywy, odtwarzając relacje międzyludzkie/społeczne w otoczeniu ofiary. Bada się sposobność (np. alibi), odtwarzając najbliższe „czasoprzestrzenne otoczenie” aktu i aktorów. Wreszcie, bada się „fizykę” aktu (narzędzie). Paradygmat klasycznego śledztwa jest przyczynowo-skutkowy, racjonalny, materialistyczny; wspiera się psychologią (psychopatologią), normą społeczną [*] i paradygmatem metody naukowej [**].
[*] w świecie, w którym aktorzy zabijają się pod wpływem chwilowego kaprysu z częstością porównywalną do częstości wymiany spojrzeń (w naszym świecie), ustalenie sprawcy jest praktycznie niemożliwe

[**] są/były kultury, w których wierzono, że Bardzo Intensywne Krzywe Spojrzenie może mieć skutek zabójczy; w naszej – nie uważa się takiego spojrzenia za możliwe narzędzie zbrodni.
Śledztwo wypełnia zatem opisaną wyżej zwłokę, ustalając związek („retrowynikanie”) między sprawcąaktem, i to na dość specyficzny sposób.


antrakt

Podoba mi się wielodyscyplinarność, rygor i swego rodzaju „zajadłość” (upór, motywacja, milczące „założenie o istnieniu” [sprawstwa]) tej „procedury badawczej”, jaką jest klasyczne śledztwo. I to od dawna; myślę na przykład, że czytanie jest (a właściwie: powinno być) zapełnianiem zwłoki między „rozumieniem” a tekstem. Piszę „rozumienie” w cudzysłowie, bo nie jest ono tak zdeterminowane, jednorazowe i zastygłe – jak trup; mamy tu do czynienia z iteracją i interakcją. Postulat „śledczości” w lekturze sprowadza się – poprzestańmy na tym poziomie metafory – do drążenia, do niepolegania na pozorach, do rekonstrukcji. I tak dalej. Nie jest więc tak, że temat niniejszej blogonoty wyniknął bezpośrednio z tytułu seminarium Czaplińskiego. Raczej przeciwnie – zwróciłem uwagę na ten właśnie wątek Uniwersytetu Krytycznego, bo takie myślenie jest mi bliskie. (Wrócę do tego [i do niego: P.Cz.] niebawem, w którejś z następnych blogonot, nie bez związku także z zapowiedzią w sprawie c-j-cz-cz.)

Tymczasem zastanówmy się nad sposobami uogólniania procedury śledztwa.


manipulacja

Na przykład, wyrzućmy ze śledztwa akt. Albo inaczej: klasyczne śledztwo zaczyna się w punkcie końcowym (w zwłoce zadanej przez zwłoki) i biegnie dalej rekonstrukcją. Ale przecież wobec każdego faktu (czy opisu stanu) możemy wdrożyć śledztwo, procedurę zadającą te same lub podobne pytania. Na czym polegałoby śledztwo w sprawie śledztwa?

Śledczy bada śladyświadectwa. Sprawca pierwsze zaciera, drugich unika. Świadkowie są dlań niepożądani: kto nie widzi, ten nie zezna. Ale to tylko najprostszy wariant. Bo przecież (i widzieliśmy to setki razy, oczami Holmesów, Poirotów czy lorda Wimseya) znacznie sprytniej byłoby sprawić, aby świadek zeznał korzystną dla sprawcy nieprawdę, referując iluzję, której podlegał, a którą „zmontował” na jego użytek morderca.

Jeśli więc w sprawie śladów problemem jest selekcja (ocena istotności), to w sprawie świadectw problemem jest kłamstwoiluzja. Mnie zajmuje (tutaj) najbardziej iluzja, produkt intrygimanipulacji. Każde śledztwo właściwe (z aktemtrupem) wymaga więc iluś podśledztw w sprawie świadectw. Tym samym na scenę wchodzą – obok sprawcyzwłok – inni aktywni aktorzy, których słowa i czyny same stają się przedmiotem dochodzenia. Maksymalną manipulacją jest doprowadzenie (przez mordercę) ofiary do stanu, w którym sama się zabije. Ale i inne są bardzo ciekawe.


wpływ

A jeśli wyrzucimy ze śledztwa sprawcę? (Czasem go nie ma; por. wspomniana powieść Lema.)

Jeśli skoncentrujemy się na życiu ofiary, próbując odpowiedzieć na pytanie: co ją skłoniło do postępowania tak-a-tak, do wyborów, których dokonała, a które doprowadziły ją (mniej lub bardziej pośrednio) do zgonu? Co miało wpływ?

Przedmiot śledztwa poszerza się niepomiernie; śledztwem może stać się dowolne badanie. Jakoż i każdy widzi, na przykład, że diagnostyczne działania House'a podpadają pod schemat śledztwa, choć najczęściej zwłok brak. Ale i w innych dziedzinach jest sens wdrażać śledztwo: w czytaniu; w badaniu historii, kultury, polityki (heh; tu zwłaszcza).


mikrośledztwo

Na zakończenie drobiazg. Sprawca morderstwa jest morderstwa podmiotem; ofiara – przedmiotem. Jak nazwać innych, czynnych aktorów, np. zmanipulowanych świadków? Częściowo są podmiotowi: zachowują autonomię swoich czynów i zeznań. Z drugiej strony, czasem mówią nieprawdę nie tylko w obronie własnych tajemnic, ale i dlatego, że zostali wpuszczeni w iluzję; potraktowano ich instrumentalnie, przedmiotowo.

Może ukuć nazwę submiot?

A teraz drobne śledztewko „lingwistyczne”. Po polsku podmiot–przedmiot to pochodna „miotu”. Najściślej w sensie „miotania”: ten, kto miota, jest pod miotem, jest jego przyczyną (która leży pod powierzchnią zdarzenia). Przed miotem stoi cel ataku, cel miotania; przed torem lotu włóczni/kamienia stoi ów przedmiot ataku; może tylko reagować (uciekać, osłaniać się), albo nie (stać w miejscu, być biernym albo nawet nieświadomym). Gdy się zastanowić nad triadą uczestników składowych aktu „miotu” w sensie rozrodczości ssaków, też bez trudu zidentyfikujemy stronę czynną i bierną.

Submiot byłby zatem sub-agentem całego aktu; stroną o mniejszym znaczeniu (niż podmiot i przedmiot), choć potencjalnie ważną; kimś/czymś, kto/co jest naraz i czynne, i bierne.

Ale jest trudność. W wielu językach podmiot-przedmiot przekłada się na jakieś formy odłacińskie (subiectum, obiectum). I co zrobić z już zajętym sub?

2009-10-25

różnorodnienie


A teraz, w ramach uczciwości intelektualnej, podrzućmy trochę paliwa do argumentacji tych, których skrajnym reprezentantem jest dyskutant opisany wczoraj, a których stanowisko w zasadzie mieści się w poglądach psychologii ewolucyjnej. Która tłumaczy, że ewolucyjnym przeznaczeniem mężczyzn jest sukces reprodukcyjny, dla osiągnięcia którego muszą ostro rywalizować między sobą (aby zapłodnić najatrakcyjniejsze samice), natomiast przeznaczeniem kobiet jest sukces opiekuńczy, dla osiągnięcia którego starają się znaleźć partnerów o wysokim statusie społecznym (władza, dostatek), choć – dzięki skrywanemu cyklowi owulacyjnemu – niekoniecznie przekłada się to na kryteria doboru mężczyzny zapładniającego, tu podobno wygrywa typ kreatywny i inteligentny (znany schemat: Izolda, król Marek, Tristan).

W wydanej rok temu książce The Sexual Paradox (we wrześniu wyszedł przekład polski pod tytułem Paradoks płci) Susan Pinker zajmuje się głównie problematyką sukcesu życiowego/zawodowego i jego kryteriami zależnie od płci. Mechanizm „wydajniejszej biologii” kobiet opisuje tak:
Być może silniejsza struktura kobiet jest cechą utrwalaną ewolucyjnie. Potomstwo odpornych i wytrzymałych kobiet, które były w stanie opiekować się dziećmi aż do osiągnięcia dojrzałości, miało większe szanse na przeżycie i dalej przekazywało geny umożliwiające i ułatwiające przetrwanie. U mężczyzn było natomiast zupełnie inaczej. Kwestia przeżycia, by zapewnić opiekę potomstwu, była mniej istotna od od kwestii możliwości zapłodnienia. [...] Przy tak ostrej konkurencji takie cechy jak siła, szybkość i skłonność do ryzyka, decydują o sukcesie reprodukcyjnym. Jeśli ceną za ten sukces miała być w dalszej perspektywie długowieczność albo zdrowie, ewolucja gotowa była ją zapłacić.
Wśród biologicznych mechanizmów decydujących o zdrowotnej i przeżywalnościowej przewadze kobiet wymienia się korzystny (dla odporności) podwójny chromosom X u kobiet i negatywny wpływ testosteronu (decydującego o agresji i skłonności do ryzyka) od wczesnego życia płodowego – u mężczyzn.
I tak, zaprogramowani do późniejszej dojrzałości, zaciekłej konkurencji i wcześniejszej śmierci mężczyźni wkraczają w niepewne i nietrwałe życie. Demografowie dość dokładnie zbadali jego przebieg, sięgając do danych archeologicznych i przyglądając się nowoczesnym społeczeństwom na przestrzeni ostatnich 250 lat w ponad 20 rożnych kulturach. Natura wciąż faworyzuje reprodukcyjny zapał testosteronu, nawet za cenę krótszego życia. Nawet dziś, gdy dzięki medycynie życie ludzkie nieustannie sie wydłuża, różnica między umieralnością kobiet i mężczyzn jest coraz większa.

Meżczyźni nadal są bardziej skłonni do ryzyka, częściej ulegają wypadkom i zapadają na choroby, mniej troszczą się o własne zdrowie, a zatem młodsi umierają. [...] Więcej piją i palą, częściej sięgają po śmiercionośną broń, ale rzadziej używają kremów przeciwsłonecznych, pasów bezpieczeństwa i rzadziej odwiedzają lekarzy.
Dalej Pinker opisuje sukces edukacyjny kobiet. Po dziesięcioleciach równego (oczywiście chodzi o kraje rozwinięte) dostępu do edukacji, kobiety górują nad mężczyznami we wszystkich dziedzinach (również w matematyce, inżynierii czy innych dziedzinach „ścisłych”). W średniej. Bo inaczej wyglądają krzywe rozkładu zdolności/osiągnięć edukacyjnych. U kobiet jest bardziej stroma, wśród facetów jest zdecydowanie więcej i „idiotów”, i „geniuszy”. A jednak ten edukacyjny sukces nie przekłada się na sukces życiowy. Pinker tłumaczy to tym, że stosuje się „męskie kryteria” sukcesu. I bada w książce (na podstawie m.in. swoich doświadczeń zawodowych jako psychologa) kobiety mocne, które były wybitne w fazie edukacji, lecz nie zrobiły kariery w późniejszym życiu, oraz mężczyzn słabych, z problemami (w tym: edukacyjnymi), którzy sukces jednak osiągnęli. Skaczemy na koniec:
Istnieje obawa, że uznając istnienie różnic płciowych, staniemy się częścią konserwatywnej reakcji, która najchętniej odesłałaby kobiety do kuchni. Tymczasem bardziej zniuansowane podejście do tej kwestii mogłoby prowadzić ku zmianom na lepsze. Bo tak naprawdę dopiero nieuznawanie różnic płciowych rodzi problemy. System zatrudnienia i rozwoju zawodowego uwzględnia jedynie męskie podejście do rywalizacji i sukcesu, a to zniechęca wiele kobiet, pomimo ich zdolności, wykształcenia i imponujących osiągnięć. Jeśli ponad dwie trzecie pracujących kobiet należy do grupy „adaptacyjnej”, która chce połączyć sprawy zawodowe z życiem rodzinnym, to jeden dla wszystkich schemat oceniania i awansowania będzie skazywał wiele z nich na pracę w niepełnym wymiarze godzin, rezygnację z rozwoju zawodowego albo z pracy w ogóle. Kobiety podejmują takie decyzje dlatego, że chcą mieć więcej czasu dla rodziny, albo szukają zajęć, które będą mogły wykonywać z pasją.

* * *

Głównym problemem z narracjami psychologii ewolucyjnej jest nieuwzględnianie formującej roli kultury i jej urządzeń. Ale „psychoewole” dualny zarzut stawiają „kulturocentrystom”, a szczególnie feminizmowi. Na książce Pinker już chce się zbić kapitał ideologiczno-polityczny, przykładowo psychoewolucyjny pan Satoshi Kanazawa strzela od razu z grubej rury: Dlaczego współczesny feminizm jest nielogiczny, niepotrzebny i zły [ang.]. Ale walczy ze „strawmanem”, bo krytyka urządzenia współczesnej kultury wokół osi rywalizacji, przymusu niepohamowanego rozwoju i nieuwzględniania innych kryteriów poza zyskiem&władzą jest stałym motywem wielu nurtów feminizmu (i lewicy). A uczciwość intelektualna każe odnotować jeszcze jedną konkluzję Susan Pinker:
W naszym rozumieniu zróżnicowań w obrębie danej cechy pojawiło się wiele światłocieni, dlatego patrzenie na kobiety i mężczyzn w kategoriach biało-czarnych nie ma już sensu. Nie istnieje coś takiego jak jeden typ kobiety, która podejmuje decyzje jedynie słuszne dla swojej płci. Żadne dowody biologiczne nie wskazują, że kobieta powinna siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Nie ma też żadnych dowodów na to, że kobiety i mężczyźni są jednakowi i że mając takie same możliwości, będą cenić te same wartości i tak samo się zachowywać.
Poszedłbym dalej: nie ma żadnych dowodów na to, że ludzie są jednakowi i że mając takie same możliwości, będą cenić te same wartości i tak samo się zachowywać. Rzeczywistość (jak zwykle dodaję: czym by nie była) uparcie pozostaje różnorodna.

2009-10-24

mrzywda kęska


W dyskusji, która zaczęła się od wyśmiania świętoszkowatych feministek, oprotestowujących reklamy typu:
zamiast płacić bladzi
kup se kilo gładzi*
[*gipsowej; trzeba jednak uważać, bo szybciej zastyga]
a potem zatoczyła parę kółeczek po blogosferze (por. poprzednia blogonota), pojawił się dyskutant, którego grobowy głos i śmiałe tezy zrazu uważałem za rodzaj prowokacji intelektualnej. Głosił on bowiem, że wszelkie przykłady dyskryminacji i krzywdy kobiet, na które tak chętnie wskazuje feminizm, są z punktu zaniedbywalne, bo przekreśla je ogrom krzywdy męskiej, a to:
(1) średnia życia mężczyzn jest ewidentnie krótsza niż kobiet, (2) wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn jest powalająco wyższy niż u kobiet, (3) są też oni znacząco częściej obiektem napaści, pobicia czy zabicia (nie mówiąc już o ofiarach wojen – a to ci niespodzianka!), no i (4) ofiarami gwałtów w więzieniach są w przytłaczającej większości mężczyźni.
Powściągnąwszy pierwszy odruch, by wybiec na ulicę i przywalić jakiejś lasce grubym tomem statystyki w łeb, po czym ją zgwałcić (z pewnością nieco by to rozproszyło moje samobójcze myśli), zastanowiłem się nad punktami (1-4). Co do (1), polecam hasło life expectancy z angielskiej wiki (wybaczcie; polska wiki jak zwykle ssie), z którego wynika, że niewiele w tym przedmiocie oczywistości. Co do (2), czytam tutaj syntetyczną opinię:
In the Western world, males die much more often by means of suicide than do females, although females attempt suicide more often. Some medical professionals believe this stems from the fact that males are more likely to end their lives through effective violent means (guns, knives, hanging, etc.), while women primarily use less severe methods such as overdosing on medications.
[W świecie zachodnim mężczyźni umierają wskutek samobójstwa znacznie częściej od kobiet, choć próby samobójcze są częstsze u kobiet. Niektórzy medyczni fachowcy [medical professionals; szkoda mi czasu na wymyślanie zręczniejszego odpowiednika] sądzą, że wynika to z faktu częstszego sięgania przez mężczyzn po efektywniejsze środki (spluwy, noże, wieszanie się), gdy kobiety stosują głównie mniej efektywne rozwiązania typu przedawkowanie farmaceutyków.]
Punkt (3) pozostawiam łaskawej refleksji czytelników, a co do (4) natychmiast zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby więzienia były mocno koedukacyjne (tj. aż do poziomu pojedynczych cel) – no i zastanawiam się do teraz, momentu, w którym piszę niniejszą blogonotę.

Wzruszywszy ramionami nad logiczną konstrukcją tego „argumentu z krzywdy męskiej” (co do struktury jest to przecież AwAmeryceMurzynówBiją WięcWolnoDopierdolićWgUznania), poszedłem zobaczyć, czy to rzeczywiście (jak mi się zrazu zdawało) intelektualna prowokacja naszego dyskutanta. Ale nie. To facet, który zaczyna od zwierzenia:
lepiej w karty przegrać wszystko
niż się przespać z feministką
a kończy na porażającej obserwacji:
Znałem wiele feministek i wszystkie albo zaczęły nienawidzieć mężczyzn, albo przestały być feministkami.
I to jest punkt (5), rozmyślanie nad którym prowadzi do bólu głowy. Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że istotną zmienną w tej obserwowanej regularności przemiany wewnętrznej feministek mogła być znajomość z naszym nieszczęsnym (no bo jak inaczej go nazwać) dyskutantem.

PS Tytuł odnosi się śmiałym hycem do jednej z postaci Witkacego, Antoniego Murdel-Bęskiego (z Matki), który jest uosobieniem figlarnego pleonazmu.

2009-10-21

uczciwość intelektualna


Termin „uczciwość intelektualna” pojawia się ledwie kilka razy w tekstach Stanfordzkiej Encyklopedii Filozofii, zazwyczaj w kontekście wskazywania na odwagę tego czy innego myśliciela, gdy w swoich rozważaniach przekracza horyzont obowiązujących w jego epoce (czy kręgu; tradycji) poglądów, ponosząc z tego tytułu takie czy inne (negatywne) koszty. Jest więc odpowiednikiem terminu odwaga cywilna w dziedzinie rozważań.

Urban Dictionary rozprawia się krótko z terminem, twierdząc, że to yet another buzzword, artefakt terminologiczny, pochodna nieuczciwości intelektualnej (która nie istnieje „w ogóle”, w abstrakcji, bo zawsze wymaga kontekstu, konkretu i uzasadnienia). I postuluje, by nie ubierać (właściwego) pojęcia uczciwość w „piórka” dodatkowego, zawężajacego przymiotnika (intelektualna); podobne rozumowanie spotkaliśmy już wielokrotnie („sprawiedliwość społeczna”, „moralność chrześcijańska”, a także – no pewnie! – „odwaga cywilna”; itp.).

Rzeczywiście, coś w tym jest. Termin „uczciwość intelektualna” jest w użyciu w pierwszym akapicie znanego tekstu ks. Dariusza Oko o konieczności przeciwdziałania „propagandzie homoseksualizmu” [kto nie pamięta, niech sobie wygugla; nie będę linkować do tego, hm, filozofa i teologa] i w ostatnim akapicie tekstu Agnieszki Kołakowskiej, która pisze:
Uczciwość intelektualna – nieoszukiwanie siebie i Boga, mówienie: „tak, tak; nie, nie”, dążenie do prawdy i niezaprzeczanie prawdom rozumu – jest jednym z najważniejszych przykazań w tradycji judeo-chrześcijańskiej.
[podkr. moje – n.]
Jej ojciec też zresztą bywa chętnie łączony z tym terminem; abp Życiński powiada:
Ufam, że Bóg z perspektywy całości życia i dorobku prof. Kołakowskiego wynagrodzi jego uczciwość intelektualną i poczucie odpowiedzialności za słowo, którego uczyć się będą przyszłe pokolenia.
Takie stosowanie terminu zderza się ze „stanfordzkim” przy osobie ex-kapłana (i apostaty) Tomasza Węcławskiego (dziś: Polaka), o którym tak pisał ks. Boniecki:
Słuchacze i czytelnicy poznańskiego teologa znają jego precyzję myślenia i uczciwość intelektualną; wiedzą, że o decyzji nie mogły zdecydować ani spór z przełożonymi, ani wybujałe ambicje, ani problemy z kościelną dyscypliną. Właściwa odpowiedź na pytanie, dlaczego odchodzi, pozostanie jego tajemnicą, w pełni znaną tylko Panu Bogu.
Ale ks. Boniecki, w przeciwieństwie do Życińskiego, dostał za swój tekst mocno po łapach.


Osobiście sądzę, że termin „uczciwość intelektualna” jest przydatny, pod warunkiem, że się do niego podchodzi operacyjnie. Przywiązany jestem do takich procedur:
  1. Poddawaj refleksji i ujawniaj założenia, na których opierasz swoje sądy/oceny.

  2. Jeśli z kimś polemizujesz, to nie tylko masz obowiązek zapoznania się z ktosia tezami, ale i takiego streszczenia jego poglądów, na które ów ktoś przystanie, jako oddające ich sens (tzw. wyidealizowana scholastyka sorbońska ;).

  3. (zasada „odpowiedzialnej licytacji”) Można pisać/mówić co się chce, pod warunkiem, że jest się gotowym do podjęcia trudu uzasadnienia, gdy przyjdzie ktoś i powie „sprawdzam!”.

  4. (metazasada) Uczciwość intelektualna [rozumiana jako procedury 1-3] nie podlega zawieszeniu.

Nie ma lekko, jak widać.

Żeby jednak mieć coś z życia (w sensie funkcji fatycznej albo ludycznej [wypowiedzi]), dopuszczam tryb, w którym procedura 3 ulega zawieszeniu (co oznacza automatycznie złamanie zasady 4). Mianowicie dopuszczam „tryb recenzji”, prezentujący stanowisko subiektywne (wsparte, jak zawsze, o jakąś aksjologię etyczno-estetyczno-epistemologiczną), które się ogłasza i już. Nieźle jest, oczywiście, nie ukrywać tej aksjologii (por. procedura 1) i zaznaczać, że się mówi w trybie „recenzja”, a nie „rzetelna polemika”.

* * *

Oczywiście, wjechałem na tytułowy temat nie bez powodu. Są nim dyskusje tu, tu i tu. A jeśli ktoś chciałby jeszcze trochę Węcławskiego, niech zajrzy tutaj (komentarz z 28/05/2007 o 8:19 i n.).

* * *

Tu zostawiam puste miejsce, w którym (gdyby ktoś powiedział „sprawdzam”) na życzenie mogę dopisać, co sądzę o treści linkowanych dyskusji. Na razie muszę pilnie zająć się życiem.

 


 


[23:47, 21.10] I chyba zostanie puste.