2009-06-28

Tlingit


Akcja powieści z poprzedniej blogonoty, Związku żydowskich policjantów, rozgrywa się w wielomilionowej Sitce, w alternatywnej historii Michaela Chabona zaludnionej przez Żydów, Amerykanów i Indian Tlingit. W naszej rzeczywistości owo miasto z tradycjami (niegdysiejsza stolica Rosyjskiej Alaski, miejsce „bitwy o Sitkę” z 1804 i miejsce uroczystego przekazania przez Rosję Alaski kupującemu – Stanom Zjednoczonym – w 1867) ma dziś około 9000 mieszkańców, z czego niecałe 20% to Tlingit, których większość żyje wszakże poza Sitką.

Tlingit wyroili się nie wiadomo skąd jakieś 11 000 lat temu, będąc pierwszą populacją ludzką na terytorium [dodane:] południowo-wschodniej [/dodane] Alaski. Mnie najbardziej podoba się hipoteza, że przybyli z Polinezji; ich totemiczna sztuka zdradza jakby stylistyczne podobieństwo z polinezyjską maską. Ale tak naprawdę ich pochodzenie owiane jest Tajemnicą. Ich odosobniony polisyntetyczno-inkorporacyjny język zdradza powierzchowne pokrewieństwo jedynie z atabpaskańskim, potrafi wysyczeć/zwokalizować co najmniej 32 spółgłoski (samogłosek jest 8+); nie przejmuje się też zanadto następstwem czasu, odnotowując głównie początek i koniec czynności lub też jej częstotliwość.

Mieli nieźle (pradawne jakoby porzekadło Tlingit powiada, że „w Lingít Aaní [ziemi Tlingit] trzeba być idiotą, by cierpieć głód”), są odwiecznymi rybożercami i zbieraczami leśnych dóbr; dziś ich dietę poszerza ryż i chleb (ci rozproszeni po amerykańskiej kulturze jedzą już, oczywiście, co tam dają).

Dawni Tlingit wierzyli w reinkarnację, w ciągłe odradzanie się w każdym jakiegoś przodka. Z urodzenia dzielą się na dwa fundamentalne klany: Kruka i Orła; dziedziczenie jest matrylinearne. Dzieci matki-Kruka są Krukami, matki-Orła – Orłami. Ortodoksyjne reguły zabraniały małżeństw niemieszanych: Kruk musiał(a) poślubiać Orła, dziś zdarzają się wyjątki. Te super-klany dzielą się dalej na klany (w zwykłym sensie), np. Brązowego Niedźwiedzia czy Orki. Klany składają się z „domów”, rodzaju poszerzonych rodzin (np. Dom Sowy czy Dom Żaby).

Ważną instytucją Domu jest „rozszerzone opiekuństwo”; dorośli, „ciotki i wujowie”, nauczają dzieci rozmaitych przydatnych umiejętności, mają też prawo i obowiązek okazywać wsparcie, ale i ganić niewłaściwe zachowania. Wiele kultur zna podobne urządzenia społeczne. (Prawie jak u Xingu, „dziecko jest właścicielem świata”.)

Kiedy Tlingit zetknęli się z Europejczykami, zdziesiątkowała ich ospa, grypa i gruźlica. Odwrócili się wówczas od szamanów (którzy nie ustrzegli ich przed nieszczęściem), przyjmując w sporej części prawosławie, później popularnością cieszył się też prezbiterianizm. Dopiero od połowy XX wieku trwa wysiłek restytucji języka i tradycyjnej kultury Tlingit. Jedną z najważniejszych postaci ruchu równouprawnieniowego była Elizabeth Peratrovich z klanu Czerwonego Łososia (Kruki), którą upamiętnia obchodzony na całej Alasce Dzień (16 lutego), w rocznicę uchwalonej w 1945 ustawy antydyskryminacyjnej (pierwszej w USA), znoszącej m.in. legalność znaków "No Natives Allowed", wzbraniających wstępu rdzennym do wielu publicznych placówek i instytucji.

Powyższa czytanka daleka jest od kompletności. Winę za nią ponosi Chabon.

 

2009-06-27

kurz, czas, język

Ośmiopiętrowy gmach Belfonta nie wyróżniał się niczym szczególnym między zielonym i błyszczącym chromem wielkim magazynem przecenionych ubrań a trzypiętrowym garażem, z którego dobywał się ryk jak z klatek z lwami w porze karmienia. W małym ciemnym, wąskim korytarzu było brudno jak w kurniku. W spisie lokatorów widniało mnóstwo pustych miejsc. (...)

Były tu dwie okratowane windy, ale tylko jedna, jak się zdaje, czynna, a i to niezbyt przeciążona. Wewnątrz, na drewnianym stołku, wymoszczonym workiem, siedział staruszek o zapadłych policzkach i wodnistych oczach. Wyglądał, jakby się stąd nie ruszał od Wojny Domowej, z której w dodatku wyszedł dość poturbowany. Wchodząc do windy powiedziałem: „Ósme”, a on pomocował się z drzwiami, rączką dźwigni wprowadził klatkę w ruch i powlekliśmy się chwiejnie w górę. Staruszek dyszał ciężko, jakby dźwigał tę windę na własnym grzbiecie.

Wysiadłem na ósmym piętrze i ruszyłem korytarzem, a za moimi plecami staruszek wychylił się z windy i wysmarkał nos palcami w pudło na śmieci.
Chandler sporządził ten opis w 1942 (w Wysokich oknach). Ale pewne rzeczy się nie zmieniają (np. to, że wysłużone windy wożą głównie entropię, że handel szmatami przyciąga kurz, albo że wygląd człowieka kumuluje rodzaj zajęć, jakim oddawał się wyglądu nosiciel), więc napotykam poniższy opis, tygodniowej świeżości, jak starego znajomego, jak świadectwo jedni treści i struktury przemijania pod zmiennym naskórkiem powierzchniowych form.
To wysoki na ponad dwadzieścia pięter wieżowiec, którego dolne piętro zajmuje przykurzony sklep z odzieżą, prowadzący hurtową sprzedaż dość tandetnie wykonanej galanterii – a górne kondygnacje (dostępne dzięki skrzypiącej, artdecowskiej windzie o grubych złoceniach w bardzo, bardzo złym guście) okupują biura. Od pierwszej chwili jest niemal oczywiste, że „niezależna wytwórnia video” mieszcząca się w takim lokalu może zajmować się w najlepszym razie filmami z zapasów w błocie, a w najgorszym ostrą pornografią. (...)

Boss wyłania się z kuchenki, z ustami pełnymi dojadanego właśnie spóźnionego lunchu. Wygląda groźnie, strasznie wielki, mięsny i łysy, trochę jak krzyżówka pittbulla z homo sapiens; na przegubie ma zegarek tak wielki, że na jego cyferblacie z powodzeniem można byłoby podać całe pieczone kurczę z surówką.
[z: Schmatte biznes]
I takim powolnym zygzakiem, jak winda, która w swojej posuwisto-zwrotnej służbie uznała, że większą przyjemność sprawi budynkowi, próbując lekko bocznej korekty ruchu, docieram wreszcie do właściwego tematu. Związek żydowskich policjantów Michaela Chabona, świetna książka z pogranicza fantastyki (alternatywna historia świata, w której paromilionowa społeczność Żydów-ocaleńców zasiedla rodzaj Terytorium Wypożyczonego ze „stolicą” w Sitka na Alasce, ale właśnie się kończy sześćdziesięcioletnia umowa „wypożyczenia” – coś jak żydowski Hong Kong) i kryminału noir, powieść uwodząca zgryźliwo-plastycznym językiem, barwną (ech, te zniuansowane odmiany szarości!) kolekcją postaci i wyobraźnią, łączącą swobodę fantastycznego przeflancowania znanych motywów w możliwą rzeczywistość z rygorem smakowania najdrobniejszego detalu.

O książce (fabule) nie będę pisać; kto chce, niech zajrzy tu albo (ostrożnie! spoilery) tam, obfity plon przeniesie też gugiel, choć kilkuzdaniowe „recenzje” pomieszczone w polskiej prasie wzbudzają jedynie zażenowanie mikrym rozmiarem i połebkowością (mimo że próbują nadrabiać ten niedostatek entuzjazmem, wiemy [wiemy?], że rozmiar jest ważny). Mnie (jak to mnie) zafrapował język i bezczelna – rzeczywiście chandlerowska – żywotność opisu.
Ciężkie stalowe odrzwia otwierają się z jękiem i staje w nich pani Kałuszyner w szarej spódnicy i czarnych czółenkach, jakby do szul albo do pracy w banku, z włosami zakręconymi na różowe gąbkowe wałki. W ręku trzyma papierowy kubeczek, wypełniony płynem barwy kawy lub soku śliwkowego. Pani Kałuszyner bez przerwy żuje tytoń i kubek to jej nieodłączny, być może jedyny towarzysz.

– Ty – mówi, krzywiąc się, jakby nagle poczuła smak woszczyny na czubku palca. Następnie, swoim zwyczajem, wytwornie spluwa do kubka. Wiedziona mądrym nawykiem lustruje ulicę z prawej i lewej, sprawdzając, jaki to kłopot mogli przywlec ze sobą goście, po czym szybko i brutalnie taksuje wzrokiem olbrzymiego Indianina w jarmułce, pragnącego wejść do jej przybytku. Towarzysze Landsmana to zazwyczaj nerwowe gnojki o mysich oczkach, takie jak Benny „Szpilkes” Plotner czy Zigmund Landau, ów Heifetz konfidentów, ale nikt nie wygląda na gnojka mniej niż Miśko Szemec – z całym szacunkiem dla czapeczki i frędzelków, w żadnym razie nie da się go zaliczyć do pośredników lub ulicznych cwaniaków niższego sortu, nie z tą indiańską mordą. Nie mogąc, mimo starań, wpasować Miśka w taksonomię szumowin, pani Kałuszyner spluwa zatem do kubka, a potem wraca spojrzeniem do Landsmana i wzdycha. Wedle jednej rachuby, jest po siedemnastokroć dłużniczką Landsmana, wedle innej, powinna przyłożyć mu w brzuch, w końcu więc odsuwa się i pozwala im wejść.

Lokal świeci pustkami niczym nieczynny śródmiejski autobus, a cuchnie dwa razy bardziej. Ktoś niedawno przeszedł tędy z wiadrem chlorku i dopisał kilka wysokich tonów do dominującej w Worszcie basowej nuty potu i uryny. Czuły nos rozróżni także, ponad i pod tym wszystkim, podskórną woń sfatygowanych jednodolarówek.
See? „Heifetz konfidentów”; w innym miejscu: „rozwrzeszczane szeregi dziewczyn, porywczych i sekciarskich niczym szkoły filozoficzne”.

Książka wciąga i wsysa. Przy tej powieści się słyszy, słucha i myśli. Na przykład o sposobie, na jaki w języku uczciwych mniejszości, solidnie prześladowanych odwiecznym, ponadpartykularnym prześladowaniem, dla których „mądry nawyk lustrowania ulicy” jest czymś więcej niż środowiskową ostrożnością – a więc sposobie, na jaki przewłaszcza się językowy stempel pogardy na znak (jakże często także krytycznej) samoidentyfikacji.
Goście hotelu Zamenhof to kupa narwanych, przygłupich, śmierdzących i stukniętych żydków, ale tej nocy żaden nie wygląda na bardziej walniętego niż zwykle.
To słowa narratora, ale w istocie przynależą bohaterowi; to jego optyka. W „czarnej” literaturze (i nie tylko) też się roi od zwrotów typu „co ja mogę, biedny czarnuch”; gugiel zwraca prawie 4 miliony odpowiedzi na pytanie o nigger i nie wszystkie pochodzą z hate speach.

Dawno nie miałem takiej intensywnej (choć podszytej mgłą nostalgii) przyjemności z czytania. Więc polecam. A na zakończenie, żeby jeszcze raz nawiązać do gęstości sieci skojarzeń, wątków, motywów bytujących w tekstowym kurzu, czasie, języku, kurzy (kurczęcy?) fragment z Chabona, którym ponownie przypomnę o tak wielkim cyferblacie ręcznego zegarka, że zmieściłby się na nim pieczony kurczak z sałatą (u Kamili), a także o „brudno jak w kurniku” (u Chandlera):
Ostatnio faktycznie nic nie wiadomo. Na przedmieściu Poworotny kot sparzył się z królikiem, wskutek czego urodziły się urocze potworki, których zdjęcia zamieścił na pierwszej stronie dziennik „Sitka Tog”. W lutym pięć tysięcy świadków z różnych miejsc w Okręgu zeznało, że przez dwie noce z rzędu poświata zorzy polarnej układała się w zarys męskiej twarzy z brodą i pejsami. Tożsamość brodatego mędrca na niebie stała się przyczyną gwałtownych kłótni, spierano się też o to, czy twarz się uśmiechała (czy po prostu cierpiała na łagodne wzdęcie), jak również o znaczenie tego osobliwego zjawiska. A zaledwie przed tygodniem, pośród piór i zamętu koszernej rzeźni w alei Żytlowskiego, kurczak zwrócił się do szojcheta, który wznosił nad nim rytualny nóż, i w płynnym języku aramejskim zapowiedział rychłe nadejście Mesjasza. Według relacji „Tog”, cudowny kurczak wygłosił szereg zdumiewających przepowiedni, nie wspomniał jednakże o zupie, w której, zamilknąwszy wreszcie niczym Bóg Wszechmogący, zajął później poczesne miejsce. Nawet najbardziej pobieżna lektura kronik, myśli Landsman, dostarcza dowodów, że dziwne czasy dla Żydów to prawie zawsze również dziwne czasy dla kurczaków.
[cytaty z Chandlera wg wydania Czytelnika (1974), przeł. Wacław Niepokólczycki;
cytaty z Chabona wg wydania WAB (2009), przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska]

2009-06-20

wesołkowie


Dawne ruskie bajki (byliny, ale i późniejsze) zaludnione są przez dość słabo rozpoznawalny u nas (u nas? Słowian zachodnich?) zbiór postaci. Jest więc kniaź koniecznie z kniaziówną, jest kuty na cztery łapy kupiec (np. Sadko), uosabiający niezależną tradycję Nowgorodu Wielkiego, często występujący w kontekście handlu solą (ale i szachów!), jest, oczywiście, gromadka bogatyrów (Ilja Muromiec, Dobrynia Nikitycz, Alosza Popowicz), którzy czasem piją „napój bohaterski”, co ułatwia im wpadnięcie w ruski odpowiednik berserkskiego szału. Jest Iwan-durak i Zmiej Gorynycz, żmijo-smok. Wreszcie jedna z wspanialszych postaci, Kościej Nieśmiertelny, którego dusza zamknięta jest bezpiecznie w jaju schowanym w kaczce pływającej po stawie ukrytym w odległym lesie, porywacz dziewic obdarzony przenikliwym powonieniem:
...wraca Kościej, węszy, węszy, aż spyta:
– A co tu tak ruską wonią zalatuje?
Na co kniaziówna [porwana i więziona]:
– Ależ Kościeju, to ty na Rusi bywałeś to i ruską wonią przesiąkłeś...
(A tą ruską wonią zajeżdża od schowanego pod łóżkiem/w skarbczyku/itp. Iwana-duraka, kniaziowego albo i chłopskiego syna.)

Wraz ze zmierzchem Rurykowiczów bajka „chłopieje”. Pojawia się kanoniczna czwórka postaci: pan, pop, jełop i wesołek. Najciekawszy jest, oczywiście, wesołek. To wiejski frant, oszwabiający pana albo czyniący (nieraz okrutne) żarty popowi. Na przykład wesołek zakłada się z panem, że... ukradnie popa. Jakoż i mimo straży zakrada się cichcem, popowi wór na łeb, wymyka się mimo brzemienia pilnującym. Taszczy wór po schodach dzwonnicy, a z wora głos zduszony: „ooo, jakaż męka, gdzie to mnie niesiesz?” Wesołek przedstawia się jako anioł, który popowi właśnie oto zapewnia zbawienie, co wymaga jednak dwóch etapów. Uspokaja: „cierp, popie, cierp, teraz droga długa-żmudna, ale łatwa, czeka cię jeszcze droga szybka, ale trudna”. I zaniósłszy popa na sam szczyt, strąca go w worze po schodach dzwonnicy. Pop skradziony, wyniesiony i zbawiony ;). Jełop to jeszcze inna historia, mnie dziś zajmuje wesołek.

Sięgam po ten mocny, pełen ludycznego wigoru typ archetypalny, to uosobienie buntu wobec norm, dla kontrastu. Dzisiejsi wesołkowie to już tylko błazny. Używam tego niezbyt rozpowszechnionego rzeczownika dlatego, że dowęszam się tu (jak Kościej ;) przekrętu: oto błazen daje niejawnie, ale dostrzegalnie, do zrozumienia, że za jego błazenadą kryje się coś więcej. Że to jego jaj-sobie-robienie to tylko maska, za którą skrywa się szkielet mocnych-a-słusznych przekonań, niewykorzystana, ale ciągle groźnie obecna zdolność argumentowania. Że gdyby tylko było warto, to zmiażdżyłby merytorycznie przeciwnika w dyskusji. Że, słowem, nie jest trefnisiem, ale wesołkiem, taką właśnie emanacją ludu jak z ruskiej bajki.

Jednak samo włączenie tego trybu szutliwego jest wyraźną asekuracją. Gdy ktoś powie „sprawdzam”:
argumienty wyń da pałoż
[Julij Kim Galicz, „Piesnia prepodawatiela naucznogo komunizma”]
nasz wesołek odpowie „ja tylko żartowałem”. I mryg-mryg do publiczności, że owszem, mógłby, ale co się będzie wysilać.

Dlatego ignoruję w sieci wesołków. Co jest tym prostsze, że przeważnie chodzą stadami (jako że zawsze się przyda dyżurna publiczność w systemie usług wzajemnych), więc gdy widzi się któregokolwiek, już się wie, że dane miejsce jest w trakcie wesołkowacenia, i łatwo je omijać.

2009-06-17

Babel

Nasza dywizja zajęła Beresteczko wczoraj wieczorem. Sztab rozkwaterował się w domu księdza Tuzinkiewicza. Przebrany w babskie suknie Tuzinkiewicz uciekł z Beresteczka przed wkroczeniem naszych wojsk. Dowiedziałem się o nim, że czterdzieści pięć lat miał w Beresteczku do czynienia z Bogiem i że był dobrym księdzem. Mieszkańcy, chcąc, abyśmy to zrozumieli, powiadają: był lubiany wśród Żydów. Za czasów Tuzinkiewicza odnowiono stary kościół. Remont zakończony został w dniu trzechsetlecia świątyni. Z Żytomierza przyjechał wtedy biskup. Prałaci w jedwabnych sutannach odprawiali mszę przed kościołem. Brzuchaci i miłościwi – stali jak dzwony na rosistej trawie. Z okolicznych siół płynęły pokorne rzeki. Chłopstwo zginało kolana, całowało ręce, na niebiosach zaś płonęły tego dnia przedziwne obłoki. Niebiańskie chorągwie rozwiewały się na cześć starego kościoła.
Tak zaczyna się U świętego Walentego [przełożył Jerzy Pomianowski], z Konarmii Izaaka Babla. Narrator siedzi w sztabie, czyta papiery. Kończy, wygląda przez okno, obserwuje „berestecką świątynię – potężną i białą”, błyszczącą „w chłodnym słońcu jak baszta z fajansu”. Wtem odzywają się organy, a zaraz potem pojawia się starucha
z rozpuszczonymi, żółtymi włosami. Ruszała się jak pies z przetrąconą łapą, kołując i przypadając. Źrenice jej pełne były ciepłej bieli ślepoty i tryskały z nich łzy. Dźwięki organów, to marudne, to śpiewne, płynęły ku nam. Ich lot był trudny, ich trop wlókł się żałośnie i długo.
Starucha prowadzi narratora do kościoła; biegną, mijając ślady zniszczenia, które nie tak rzucają się w oczy, jak przedziwne obrazy „heretyckiego i zachwycającego pędzla pana Apolka”.
Słuchałem [organów, na których usiłował grać Afońka Bida] rozglądając się, ślady zniszczeń wydawały mi się bagatelne. Ale innego zdania był pan Ludomirski, dzwonnik od świętego Walentego i mąż ślepej staruchy.

Ludomirski wypełzł nie wiadomo skąd. Wkroczył do kościoła miarowym krokiem, z opuszczoną głową. Starzec nie ośmielił się nakryć czymkolwiek rozrzuconych relikwii, ponieważ zwykłemu człowiekowi nie wolno tykać tego, co święte. Dzwonnik padł na błękitne płyty podłogi, podniósł głowę i siny jego nos wzniósł się nad nim jak sztandar nad umarłym. Siny nos drżał nad nim, a wtedy właśnie obok ołtarza zafalowała aksamitna kotara i rozsunęła się z furkotem. W głębi odsłoniętej niszy na tle nieba poradlonego chmurami widać było biegnącą brodatą figurę w pomarańczowym kontuszu – bosą, o rozdartych, krwawiących wargach. Chrapliwy wrzask targnął wówczas naszym słuchem. Człowieka w pomarańczowym kontuszu ścigała nienawiść i dosięgała już pogoń. Zgiął ramię, aby zasłonić się przed ciosem. Z jego ręki purpurowym potokiem biła krew. Kozaczek stojący obok mnie wrzasnął i z opuszczoną głową rzucił się do ucieczki, chociaż nie było przed czym uciekać, ponieważ postać w niszy – to był tylko Jezus Chrystus – najniezwyklejszy wizerunek święty, jaki widziałem w życiu.

Zbawiciel pana Ludomirskiego był oto kędzierzawym Żydem z kudłatą bródką i niskim, zmarszczonym czołem. Zapadłe jego policzki malowane były karminem, nad przymkniętymi z bólu oczami wyginały się cienkie, rude brwi.

Wargi miał rozdarte jak koń, polski jego kontusz ściągnięty był drogocennym pasem, a pod kaftanem dygotały porcelanowe nóżki, malowane, bose, porżnięte srebrnymi gwoździami.
Tu już prawie koniec opowiadania, które przytaczam w tych fragmentach nawet nie ze względu na osobliwości beresteckie, choć Chrystus w pomarańczowym kontuszu działa na wyobraźnię, skręcając ją w potrójny węzeł, na którym oby się obwiesił stereotyp wszelkiej maści, zwłaszcza zaś czarnej.

Cytuję ze względu na język. Takie zdania jak „Brzuchaci i miłościwi – stali jak dzwony na rosistej trawie” czy „Ich lot był trudny, ich trop wlókł się żałośnie i długo” przywracają wiarę w sens istnienia przymiotników. Żaden wymiar pokręconej biografii Babla i ponurych (jak każde inne) czasów, w których żył, pisał i umarł, nie jest w stanie unieważnić mistrzostwa tej prozy, której ledwie drobną próbkę widzicie tu, powyżej.


ANEKS (czyli cytowane wyżej fragmenty w oryginale)
Дивизия наша заняла Берестечко вчера вечером. Штаб остановился в доме ксендза Тузинкевича. Переодевшись бабой, Тузинкевич бежал из Берестечка перед вступлением наших войск. О нем я знаю, что он сорок пять лет возился с богом в Берестечке и был хорошим ксендзом. Когда жители хотят, чтобы мы это поняли, они говорят: его любили евреи. При Тузинкевиче обновили древний костел. Ремонт кончили в день трехсотлетия храма. Из Житомира приехал тогда епископ. Прелаты в шелковых рясах служили перед костелом молебен. Пузатые и благостные – они стояли, как колокола в росистой траве. Из окрестных сел текли покорные реки. Мужичье преклоняло колени, целовало руки, и на небесах в тот же день пламенели невиданные облака. Небесные флаги веяли в честь старого костела.

[старуха] с распущенными желтыми волосами. Она двигалась, как собака с перебитой лапой, кружась и припадая к земле. Зрачки ее были налиты белой влагой слепоты и брызгали слезами. Звуки органа, то тягостные, то поспешные, подплывали к нам. Полет их был труден, след звенел жалобно и долго.

Я слушал, озирался, следы разрушения казались мне невелики. Но не так думал пан Людомирский, звонарь церкви святого Валента и муж слепой старухи.

Людомирский выполз неизвестно откуда. Он вошел в костел ровным шагом с опущенной головой. Старик не решился накинуть покрывала на выброшенные мощи, потому что человеку простого звания не дозволено касаться святыни.

Звонарь упал на голубые плиты пола, поднял голову, и синий нос его стал над ним, как флаг над мертвецом. Синий нос трепетал над ним, и в это мгновение у алтаря заколебалась бархатная завеса и, трепеща, отползла в сторону. В глубине открывшейся ниши, на фоне неба, изборожденного тучами, бежала бородатая фигурка в оранжевом кунтуше – босая, с разодранным и кровоточащим ртом. Хриплый вой разорвал тогда наш слух. Человека в oранжевом кунтуше преследовала ненависть и настигала погоня. Он выгнул руку, чтобы отвести занесенный удар, из руки пурпурным током вылилась кровь. Казачонок, стоявший со мной рядом, закричал и, опустив голову, бросился бежать, хотя бежать было не от чего, потому что фигура в нише была всего только Иисус Христос – самое необыкновенное изображение бога из всех виденных мною в жизни.

Спаситель пана Людомирского был курчавый еврей с клочковатой бородкой и низким, сморщенным лбом. Впалые щеки его были накрашены кармином, над закрывшимися от боли глазами выгнулись тонкие рыжие брови.

Рот его был разодран, как губа лошади, польский кунтуш его был охвачен драгоценным поясом, и под кафтаном корчились фарфоровые ножки, накрашенные, босые, изрезанные серебристыми гвоздями.

2009-06-15

semantyka praktyczna


Udział w rozchlupotanej i teatralnej (ech, nostalgicznie myślę o pantomimie) dyskusji u andsola przyprowadził mnie do refleksji o potrzebie semantyki praktycznej, takiej „na co dzień”.
głupota
1. «brak wiedzy lub bezmyślność; też: przejaw czyjejś bezmyślności»
2. pot. «informacja pozbawiona sensu»
Ćwiczenie praktyczne: ile zdań trzeba wypowiedzieć, aby mogła się w nich objawić głupota? Jedno? Dwa? Szukamy śladów braku wiedzy. Albo – to już bardziej skomplikowane – bezmyślności. Czy pasuje do zakresu tego pojęcia błąd w rozumowaniu? Albo: błąd rozumienia?

Od co najmniej 1993 roku z „błędnym” rozumieniem terminu tolerancja („ideologicznym, fałszującym, będącym przejawem socjo-inżynieryjnej ofensywy tolerancjonistów” – uwaga, to nie cytat, to rekonstrukcja) walczy szaroeminencyjny guru polskiej prawicy wszelkiej maści, Ryszard Legutko, którego misja rzuciła właśnie na zachwaszczone poletko europarlamentu. Myśl Legutki osiągnęła pełny wyraz w 1997 roku (publikacja książki Tolerancja. Rzecz o surowym państwie, prawie natury, miłości i sumieniu, tutaj spis treści) i od tamtej pory krąży, przybierając rozmaite formy zwulgaryzowane, rozmyte jak siódma woda po kisielu czy wreszcie krystaliczno-skoncentrowane jak topór bojowy, np. u zacnego zachowawczego monarchisty Jacka Bartyzela.

Z Legutką polemizowano, oczywiście. Na przykład w 2002 roku na łamach „Plusa Minusa” Rzepy opublikowano dwugłos Ryszard Legutko – Wojciech Sadurski. Warto przeczytać tę pigułkę; moim stałym czytelnikom nie muszę wyjaśniać, że podzielam raczej stanowisko Sadurskiego niż Legutki.

Ale, mimo że skondensowana ta pigułka, wymaga jednak wysiłku, hm, lekturowego. Wróćmy zatem do semantyki praktycznej.
tolerancja
1. «poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych»

tolerować
1. «odnosić się z pobłażaniem do nagannych zachowań lub zjawisk»
2. «godzić się na obecność jakiejś osoby mimo braku aprobaty dla niej»
Widzicie już, gdzie jest myk? Trzeba przeszczepić słówko naganny z drugiej definicji słownikowej do pierwszej. A zamiast pobłażania lepsze byłoby cierpienie moralne znoszone z zaciśniętymi zębami czy jakoś tak.

W interesującym mnie znaczeniu, tolerancję rozumie się zazwyczaj jako brak przejawów nietolerancji (również owo poszanowanie rozumie się przecież nie jako „okazywanie szacunku, akceptacji i pełnej empatii”, bo niby czemu miałoby tak być, ale raczej jako „nieobecność przejawów braku szacunku”, na przykład wyzwisk w rodzaju ty pedale).

Mamy więc obszar nietolerancji, o którego rozmiary i intensywność lepiej zawsze pytać tych, których dotyka (homoseksualistów, kobiety, Czarnych nie tylko przed wojną secesyjną, ale i w dzisiejszych Stanach itd.), zwłaszcza o praktyczne jej wymiary: agresję i dyskryminację. Jego dopełnienie, obszar tolerancji, nie jest wewnętrznie jednolity. Zamieszkują go i ci, którzy „ledwie mogą to-a-to ścierpieć z zaciśniętymi zębami, ale jednak powstrzymują się od czynnego wyrażania swojej dezaprobaty”, jak i ci, którzy akceptują odmienności, choć sami nie są, oczywiście, ich „nosicielami” (por. słówko różniących się w definicji pierwszej). Postawa akceptująca mieści się w postawie tolerancyjnej.

Ćwiczenie praktyczne (uwaga! hardkor!): przeczytać zlinkowaną wyżej dyskusję u andsola, stosując (proste, nieprawdaż?) narzędzia semantyki praktycznej. Ale, ostrzegam, może się okazać, że w nagrodę zyskamy jedynie poczucie straconego czasu.